DOBRY film, który nas podzielił: Ostatni Jedi

Wszem i wobec głoszą, że „Ostatni Jedi” jest najbardziej kontrowersyjnym filmem z serii. Potwierdzamy: Współautorka z Lubym bawiła się wyśmienicie właściwie cały czas. Współautor zaś z drugą połówką wyszli mniej ekstatyczni (może dlatego, że wyżarto im słodycze?). Film jest oczywiście bardzo dobry, dla fanów — obowiązkowy. O subtelnej różnicy w naszym odbiorze poniżej, acz raczej bez spoilerów!

Z: Variery.com

The Last Jedi

USA 2017

reż. i scen. Rian Johnson

wyk. Daisy Ridley, Oscar Isaac, John Boyega, Mark Hamill, Carrie Fisher, Adam Driver

Mam bardzo proste oczekiwania wobec Gwiezdnych Wojen: muszę się na nich dobrze bawić i musiałabym się na nich dobrze bawić jako sześcioletnia Karolinka. Pod tym względem się nie zawiodłyśmy. Z jednej strony było baśniowo-starwarsowo: i statki kosmiczne,  i muppety, i tajemnice, i moc, a z drugiej śmiesznie. Wiem, że dla niektórych może zbyt radośnie i autoironicznie, ale jednocześnie bardzo jedi-owo. Widzimy moc, ale w trochę innym świetle.

Było absolutnie wszystko, co potrzeba, żeby zrobić dobry film z gwiezdnowojennego uniwersum. Z jednej strony były nawiązania do poprzednich części, znani i lubiani bohaterowie (OK, bez Hana Solo to już nie to samo), na czele z rodzeństwem Skywalkerów, a do tego cała gama nowych postaci. Na poziomie fabularnym jest to trochę „Imperium Kontratakuje”, bo choćby rebelia schowana na odludnej planecie (tyle że zamiast śniegu jest sól), ale jednocześnie sprawnie są prowadzone wszystkie wątki. Niejasności z poprzedniego epizodu zostają rozwiązane, a nadal ciekawi jesteśmy przyszłości Zakonu Jedi czy losów samej rebelii.

Aktorsko całość jest naprawdę bardzo DOBRA. DOBRY jest przede wszystkim Mark Hamill oraz Adam Driver. Jeden wiarygodnie pokazuje ewolucję Luke’a, który  zaszył się w dziurze na końcu świata. Kylo Ren grany przez Drivera wychodzi zaś poza schemat fanboya Dartha Vadera, jednoznacznie czarnego charaktera. Współautor za dużo naoglądał się serialu „Dziewczyny”, a „Paterson” Jarmuscha, jako  pochwała ujutności, za bardzo zbliżał się do nudy. Dlatego też — a nie jest sam — nie za bardzo kupuje ZŁO Kylo Rena, jedynie czekając na jego nawrócenie. Niemniej jako postać mająca duży zgryz, fajnie zrywa ze stereotypem jednostronnie złej postaci.

Nowi bohaterowie (Wiceadmirał Holdo i Rose) dobrze zgrywają się ze światem GW i pozwalają zobaczyć go z innej perspektywy. Holdo jako realistka wie, że nie dysponuje nieskończoną liczbą rebeliantów i paliwa, przez co nie może sobie pozwolić na szaleńcze ataki. Co doprowadzi oczywiście do konfliktu z „jastrzębiem Poe”. Rose zaś pokazuje, że nie trzeba już mieć stereotypowo hollywoodzkiej urody, aby być kobietą w centrum wydarzeń. Po drugie dobrze wplata wątek rodzinny i społeczny do sagi.

Swoją drogą obecność kobiet po stronie rebeliantów (Holdo przejmuje władzę od Lei) ciekawie kontrastuje z silnie zmaskulinizowanym, autorytarnym Nowym Porządkiem. Dodajemy też, że przyszłość Jedi zależy od uporu innej dziewczyny — Rey.

I tu zmierzamy do kwintesencji DOBRA tego filmu:

To, się najbardziej podoba to to, że jest to przede wszystkim film o zmianie oczekiwań. Każdy z bohaterów i z widzów ma pewne nadzieje, które zostają zawiedzione. I Rey, i Finn, i Poe i inni rebelianci, i Kylo Ren, i do pewnego stopnia Luke mają pewne wyobrażenie tego, co należy robić, co się stanie. Knują plany, które w większości przypadków spełzają na niczym. Myślimy, że ostatnia scena „Przebudzenia Mocy” skończy się tak czy siak? Nie! Co z tego, że udaje się X, Y, Z? I tak ktoś zdradzi, ktoś w ostatniej chwili czmychnie, lub wyciągnie asa z rękawa. Co z tego, że Kylo Ren chce iść własną drogą? I tak koniec końców wypełnia znany schemat. Co z tego, że Luke chce być ostatnim Jedi i zamknąć ten rozdział historii galaktyki? Nie ktoś ktoś mu nie pozwoli, ale co gorsza, będzie musiał wyjść ze swojego ukrycia.

Delicious…

Oczywiście, w każdych GW musi być słabszy moment. Dla Współautorki to był wątek Finna i Rose — choć i on miał swoje momenty, jako jedyny daje nam wgląd na to, jak wygląda „prawdziwe życie” na planetach. Zupełnie niepotrzebnie próbowano wrzepić wątek romantyczny — i co gorsza wygląda na to, że szykują się miłosne wielokąty, a to jest ostatnia rzecz, czego ta saga potrzebuje. Przegapiono okazję na rozbudowanie postaci Chewbacci. Współautor o ile nie miał problemu z lekkimi romansidłami, to nieco ziewał przy przydługich sekwencjach w kasynie, wsadzonych oczywiście na potrzeby przemysłu zabawkowego.

Jest to niewątpliwie DOBRA odsłona gwiezdnej sagi, która bierze co najlepsze z dotychczasowych epizodów, unikając błędów kupy z części I-III. Jest odpowiednio dziwna, bajkowa i gwiezdnowojnowa, aby się na niej dobrze bawić, z wyrazistymi bohaterami, nawiązaniami do historii i mieczami świetlnymi. Niektóre elementy i dziwności mogą nie przypaść do gustu, zwłaszcza, że po „Przebudzeniu Mocy” i fantastycznym „Łotrze Jeden” oczekiwania były ogromne.

W sumie — dość paradoksalnie zgadzamy się, że jest to najgorsza z trzech ostatnich części sagi, ale dalej bardzo dobry, zabawny i pełen mocy film.

A co wy sądzicie?

Współautorzy

Mówcie, co chcecie — irlandzkie zakonnice ze świątyni Jedi są świetne!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *