DOBRY, a na pewno ŁADNY film: Twój Vincent

Vincent (Robert Gulaczyk) in colour.jpg

Wszystkie zdjęcia pochodzą z oficjalnych materiałów prasowych

Są filmy, na które czekamy z wyczekiwaniem i ciekawością. Do takich należała właśnie ta animacja. Już sam temat, czyli życie, a właściwie tajemnicze zakończenie życia Vincenta Van Gogha, czyli ulubionego malarza tak wielu, ze mną włącznie, musiał wzbudzić zainteresowanie. Do tego doszła fascynująca i oryginalna technika wykonania — film składa się z 65 tysięcy ręcznie namalowanych obrazów w charakterystycznej stylistyce artysty stworzonych w ciągu dwóch lat przez ponad setkę malarzy w Gdańsku, Wrocławiu i Wielkiej Brytanii. Film został najpierw nakręcony, później każda klatka została ręcznie zamalowana, a w całość zostało wkomponowanych ponad 120 obrazów. To musiało być ładne… Ale czy ŁADNE, znaczy DOBRE?

Arles Café Terrace at Night.jpg

Twój Vinent/Loving Vincent

Polska, Wielka Brytania 2017

reż. Dorota Kobiela, Hugh Welchman; scen. idem + Jacek Dehnel

wyk. Douglass Booth/Józef Pawłowski, Chris O’Dowd/Jerzy Stuhr, Saoirse Ronan/Zofia Wichłacz, Helen McCrory/Danuta Stenka, Eleanor Tomlinson/Olga Frycz

 

Przez większość filmu Van Gogh nie żyje już od roku. Armand Roulin, syn znajomego nieboszczyka zostaje wysłany przez ojca, aby dostarczył zagubiony na poczcie list zmarłego do jego brata. Ta misja nieoczekiwanie zaprowadza Armanda do Anvers-sur-Oise, czyli miejscowości w której Vincent strzelił sobie w brzuch. Rozmowy z mieszkańcami i ich jakże różne relacje z wydarzeń sprzed roku rzucają młodego człowieka w wir „śledztwa” w celu ustalenia — przynajmniej dla zaspokojenia własnej ciekawości — co tak naprawdę się wydarzyło.

Jak pisałam powyżej, całość utrzymana jest w kresce (maźnięciach?) iście Van Goghowskich. W retrospekcjach styl obrazów przez chwilę z zamienia się w bardziej realistyczny, charakterystyczne żywe barwy zamieniają się w skalę szarości. Po wyjściu z kina jakiś czas zajmuje przyzwyczajenie się do „normalnego” wyglądu rzeczy i ludzi.

Vincent (Robert Gulaczyk) painting in the rain.jpg

Ocenianie „dobroci” tego filmu było dość trudne, jako że polega ona nie tyle na oryginalności historii, co na walorach estetycznych i ciekawej, niezwykle pracochłonnej technice, jak i na sentymencie, jaki wielu żywi do postaci i sztuki Vincenta. Myślę, że gdyby ten film został „klasycznie” nakręcony — czy to jako animacja, czy jako zwykły film fabularny — nie zrobiłby takiego wrażenia. Nie byłby zły, ale nie byłby taki ciekawy, piękny i oryginalny. Z drugiej strony posiada on też walory niezwiązane z formą: dobrą decyzją było skoncentrowanie fabuły wokół różnego rodzaju korespondencji, w oparciu o obfity epistolarny dorobek Vincenta Van Gogha (który można oglądać i czytać w jego muzeum w Amsterdamie!). Bardzo też podobało mi się uczynienie głównym bohaterem postaci z pewnego obrazu, a nie samego malarza — dzięki temu enigmatyczny twórca nie stracił tajemniczości.

Po wyjściu bandą znajomych do kina, wśród ogólnych zachwytów znaleźliśmy jedno poważniejsze zastrzeżenie, które niestety często powtarza się w licznych tekstach kultury poświęconych temu malarzowi. Chodzi o być może nadmierne romantyzowanie niezidentyfikowanej choroby psychicznej, na którą cierpiał tytułowy bohater. Jest to swoją drogą sprzeczne z narracją dominującą w Muzeum Vincenta Van Gogha w Amsterdamie — tam na każdym kroku przypomina się zwiedzającemu, że artysta nie malował tak DLATEGO, że był chory psychicznie — tworzył MIMO, że się zmagał z zaburzeniami psychicznymi. Obecne w wielu filmach romantyzowanie chorób geniuszy odciąga uwagę od ich talentu i cierpienia, skupiając się na „szaleństwie”, któremu nadaje się wagę wręcz metafizyczną. A przez to może być szkodliwe dla postrzegania chorób i osób z nimi walczących przez społeczeństwo.

Poza tym jednak jest to naprawdę piękny i ciekawy film, który na pewno warto zobaczyć (sama zaraz będę czychać na DVD czy Blue Raya, głownie po to, aby posłuchać anglojęzycznej wersji językowej…).

Polecam!

Ryba

Night Café, Arles Lt Milliet (Robin Hodges) and Armand Roulin (Douglas Booth)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *