Bardzo dobry festiwal: American Film Festival

20171028_140846.jpgOd zakończenia festiwalu trochę minęło, ale przeprowadzka to poważna sprawa, więc zapomnijcie o samokrytyce. Festiwal jest jednak fantastyczny i jeśli po jednym dniu można wyciągnąć jakiś wniosek to jest on następujący — pełen odlot.

Nie ukrywam, pomysł promowania amerykańskiej filmografii, która i tak jest dominującą siłą, nieraz odwracającą naszą uwagę od innych rynków (na okres Oscarów wszyscy blogerzy — łącznie z nami — niezdrowo podniecają się towarzystwem wzajemnej adoracji bogaczy, którzy z przyzwoitości nagradzają JEDEN film nieanglojęzyczny) z początku dziwił. Dlatego bliższe są mi przeglądy w stylu Kino Pięciu Smaków (w tym roku będzie m. in. Roman Porno, kto był na sekcji pink eiga parę lat temu na Nowych Horyzontach wie o co cho, niemniej CZEMU NIE MA GO W KRAKOWIE??) czy Tydzień Kina Niemieckiego (na dniach!).

Ale warto było przejechać się do Wrocławia, by wyrwać się z błędu i zobaczyć, że kino amerykańskie potrafi zaskakiwać i zachwycać.

(W tym miejscu serdecznie podziękowania dla organizatorów, za to, że umożliwili nam wejście na seans z 30-minutowym opóźnieniem! Gracias!)

Na pierwszy ogień poszedł fenomenalny „Infinity Baby”. Czarno-biała komedia o przyszłości, w której dziecko jest projektem. Od specjalnej firmy bierze się malucha, podaje pigułki zaspokajające głód i wstrzymujące proces dorastania. Ot, żeby słodki brzdąc nigdy nie urósł. Świetna satyra na nieogarę generacyjną, paszkwil na egoizm, samotność, brutalne rozprawienie się z szowinizmem i patriarchatem. Do tego zawsze śmieszny Nick Offerman jako szef korporacji wynajmującej dzieci. Film zrobiony z pomysłem, polotem i zamysłem, a także dający duże pole do interpretacji.

Dla tego właśnie zawsze zostaje się na sesję pytań i odpowiedzi z twórcami. Jak dla mnie była to przede wszystkim mocna, acz niepozbawiona humoru krytyka ucieczki od odpowiedzialności. Scenarzysta Onur Tukel podkreślił chęć oddania sprawiedliwości kobietom, a reżyser powiedział, że właściwie to głównym bohaterem była właściwie mała dziewczynka, którą opiekowali się główni bohaterowie.

To trochę jak Paweł Pawlikowski, kiedy powiedział, że „Ida” była o jazzie.

Jakby nie analizować „The Infinity Baby”, to jest to kino zabawne i inteligentne. Na tyle sprytne, że wymykające się próbom klasyfikacji, a jednak bez pretensjonalności, za to z solidną dawką humoru.

americanfilmfestival

Z kolei „Landline” Gilian Robesspiere zadziwiał umiejętnością przeniesienia nas w lata 90. Brak smartfonów, komputery o wydajności mniejszej niż dzisiejsze kalkulatory i dyskietki. W takich okolicznościach śledzimy dylematy nowojorskiej familii: przedślubne wątpliwości najstarszej córki, młodzieńczy bunt najmłodszej i niemiły sekret tatusia. Oprócz doskonałej stylizacji na końcówkę zeszłego stulecia mamy zabawny i realistyczny obraz sympatycznej rodzinki, zmagającej się z codziennymi problemami. Duży szacunek za to perfekcyjne ukazanie układów w tej najmniejszej komórce społecznej. I pomimo tego, że osią fabuły są rozterki natury sercowej, film nie popada w rom-komową tandetę, ale twardo trzymając się realizmu stanowi inteligentną rozrywkę.

Na deser padło na najnowszy serial Jamesa Franco „Kroniki Times Square”. Nie ukrywam, bardziej zależało mi na zobaczeniu we Wrocławiu innego dzieła wiele płodnego reżysera, czyli „The Disaster Artist” — adaptacji książki Grega Sestero o kulisach powstania najgorszego filmu świata, czyli „The Room”. (Tak dobre zło, że je zrecenzowaliśmy tu i tu:). Ale nie było żalu.

Historia filmu Toma Wiseau wejdzie do kina tak czy siak w lutym, a ja znalazłem serial, za którego się wezmę po „Stranger Things”. Podobnie jak „Landline”, „Kroniki…” mistrzowsko nas oszukują co do daty produkcji. Zaprawdę, jakbyśmy oglądali serial z lat 70! Do tego opowiastka o narodzinach pornografii w USA? Po pierwszym odcinku wygląda bardzo obiecująco.

ocdn.eu

We Wrocławiu, oprócz „The Disaster Artist” można było zobaczyć kilka interesujących pozycji, które wejdą do dystrybucji. W kinach jest już „Borg/McEnroe. Między odwagą a szaleństwem” o tenisowym pojedynku stulecia, melodramat „A Ghost Story” z młodym Affleckiem (kto nie oglądał „Manchester by the Sea” niech szybciutko nadrabia zaległości!), czy „Zabicie Świętego Jelenia”, ostatni obraz Yorgosa Lanthimos, reżysera doskonałego „Kła”.

Jeden dzień we Wrocławiu pozostawił jednak duży niedosyt. Plany na jesień przyszłego roku są zatem już z grubsza znane;)

Współautor

20171028_221357.jpg

Jedna myśl nt. „Bardzo dobry festiwal: American Film Festival

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *