Kaszaniasto ZŁY Film: Świat w płomieniach

whd

„White House Down”

USA 2013,

reż. Roland Emmerich, sc. James Vanderbilt,

wyk. Ch. Tatum, J. Foxx, M. Gyllenhaal,  J. Clarke, J. King

Są filmy ZŁE, których beznadzieja ma pewną szczególną właściwość. Pomimo tego, iż są niewyobrażalnie źle zrobione, nieprzemyślane i naćkane nie mieszczącymi się w głowie absurdami, to z uporem nie chcą przekroczyć magicznej granicy, za którą stają się już DOBRE, wpadając tym samym do szlachetnej i zaszczytnej grupy tak ZŁYCH, że aż DOBRYCH. „Świat w Płomieniach” jako – cytat z kolegi M, który musiał ze mną wytrzymać oglądanie tego cuda –  „przeraźliwie zły film. Ale tak oporowo”, wyrywa nas ze złudnego przekonania, że ludzie, którzy mają dużo pieniędzy na robienie filmów, są choć w minimalnym stopniu racjonalni i mają przynajmniej odrobinę samokrytyki, by w porę zdać sobie, że zaczynają tonąć w lepkim bagnie śmieszności i błazenady. Powiem krótko, bo późno, ale emocje mnie zżerają z irytacji po tym co oglądałem, oraz faktem, że na wikipedii piszą, iż film dostał „mixed reviews” (czyli że ktoś to lubił!?) i zarobił do tej pory więcej niż wynosi całkowity roczny PKB Kiribati.

By ogarnąć poziom katastrofy, jaką się nam serwuje, streszczę scenariusz. Ale żeby unaocznić wam stężenie debilizmu zacznę od środka fabuły. Reszta niech będzie milczeniem.

Czytaj dalej

Dobry film: Oszuści

smejdi

„Šmejdi”

Czechy, 2013

reż. S. Dymakova

Parlament Europejski to super miejsce na staż! Mówię najzupełniej serio! Jadąc windą w pięć osób słyszysz sześć różnych języków, na spotkaniu za zamkniętymi drzwiami AFET (komisji do spraw zagraniczych) waży się przyszłość Ukrainy, na korytarzach spotykasz znanych i lubianych niegdysiejszych posłów zesłanych na wieczną emeryturę, czekających na powrót do wielkiej – czytaj: krajowej – polityki. Klimat Ci tam niesamowity: w tłumie sunącym przez szerokie przejścia na kluczowym – trzecim – piętrze w hektycznym wirze ludzkich ciał mijają się ze sobą MEPs (Member of European Parliament), dumni asystenci i zagubieni w całym tym zamieszniu stażysci, w zaaferowaniu szukający pokoju 17F243 sekcja A2 i gubiący przy tym wypadające z ręku papiery.

Miło tu staż robić, bo dzieje się mnóstwo rzeczy! Szczególnie popołudniami, kiedy to mają miejsce tak zwane eventy – różne i różniaste wydarzenia, w trakcie których, w mniej lub bardziej ciekawej formie, prezentowane są wszystkie możliwe zagadnienia, ważne dla Parlamentu Europejskiego. Od konferencji o wartościach odżywczych kinui, przez otwarcie wystawy dywanów z Bagdadu po różnej maści filmy, prelekcje, publiczne wystąpieniania, wizyty głów państw trzeciego świata itd. itp. Wczoraj akurat znalazłem projekcję filmową organizowaną przez czeskich socjalistów i demokratów (S&D). Koleżanki z Niemiec postanowiły się wybrać ze mną, więc połączyłem przyjemne z pożytecznym i we wtorkowe popołudnie wygodnie rozsiadłem się w arcywygodnych fotelach sali A45R13 piętro 23, sekcja G.

Na seansie było trochę sław, m. in. reżyserka, czescy MEPs oraz komisarz ds. ochrony konsumentów, Chorwat Neven Mimica.

„Šmejdi” jest dokumentem telewizyjnym. Choć wygląda jakby był nagrywany kalkulatorem, jest to produkcja, która głośnym echem odbija się obecnie u naszych południowych sąsiadów. W Czechach film wszedł do kin z kwietniem i wywołał trochę zamieszania. Swoją premierę miał w Karlovych Warach, a dosyć szybko zdołało oglądnąć go 60 tys. ludzi. O produkcji wspominały też czeskie tabloidy, film zostanie puszczony w godzinie szczytu w telewizji. Na Słowacji premiera jest zaplanowana na pierwszego października, a Dymakova ma już kalendarz zapełniony wywiadami i spotkaniami. (o szczegółach czytaj w przypisie na dole).

Reżyserka już po projekcji nie ukrywała, że nie potrzebowała wiele kasy, by zrobić „Smejdi”. Kapitałem, którego najbardziej potrzebowała był… czas. Dlatego też film przypomina niskobudżetowe produkcje dla „Uwagi” tefałenu. Ale zaznaczmy – właśnie ten nieodparty autentyzm i surowość formy doskonale koeresponduje z mroczną stroną czeskiej duszy i tym, co się tam wyprawia.

Czytaj dalej

DOBRY film: Złote wrota

„Nuovomondo”

Włochy, Francja 2006

reż. i sc. Emanuele Crialese

wyk. Vincenzo Amato, Charlotte Gainsbourg

Szkoła językowa w której uczę się włoskiego (po to, by móc lepiej krytykować przekład włoskich filmów, ma się rozumieć) co tydzień w piątek zaprasza na wieczory filmowe. Filmy są oczywiście włoskie z włoskimi podpisami. Ostatnio mieliśmy oglądać „Dziesięć zim” („Dieci Inverni„), ale nauczyciel odpowiedzialny za przyniesienie płytki zapomniał. Pozostał nam wybór pomiędzy „Nuovomondo” a komedią z lat 90. dziejącą się na południu Włoch. Większość widowni wiedziała co znaczy włoska komedia z lat dziewięćdziesiątych, więc zgodnie wybraliśmy „Złote wrota”.

Film się zaczął. Ludzie biegną przez wzgórza na których pełno białych kamieni. Czyżby „Rękopis znaleziony w Saragossie?”. W pierwszych trzydziestu minutach trwania filmu sala prawie się opróżniła — został pochrapujący Irlandczyk, Amerykanka śmiejąca się w najsmutniejszych miejscach, zafascynowana Angielka i ja. Nikt z nas nie żałował, że został. Z jednej strony rozumiem ucieczkę publiczności — jeśli mówili, to po sycylijsku (choć mieliśmy włoskie tłumaczenie), a są tacy których może przestraszyć scena przedstawiająca sycylijskich chłopiąt biegających boso po rozoranym polu, niosąc gigantyczną marchewkę. Jednak rozumiem też dlaczego w 2006 roku film ten zgarnął z sześć nagród na festiwalu w Wenecji.

Akcja toczy się w czasach, w których mniej więcej zaczyna się druga część „Ojca Chrzestnego” i obejmuje część trasy chłopca który miał się stać Marlonem Brando (z Sycylii po Ellis Island u wybrzeży Nowego Jorku, gdzie przywożono imigrantów). Tutaj rodzina (sędziwa matka, jej dwóch synów i wnuk) ucieka nie przed mafią, ale przed biedą. Wierzą, że w Ameryce, w tym Nowym Świecie rzeki są mlekiem i miodem płynące, że wszystko jest większe (tak jak Miś i Tygrysek myśleli o Panamie) a na drzewach rosną pieniądze. Wypływają wielkim statkiem, oczywiście pod pokładem, gdzie poza Włochami z dziwnego powodu jedzie też rudowłosa Angielka z dobrego domu. Po podróży która zmieniła ich wszystkich dopływają do Ellis Island — a tam mleko innego rodzaju (mgła) i poniżające sprawdzanie, czy nadają się na obywateli Nowego Świata.

Jest to bardzo ładny film: każdy kadr mógłby być oprawiony w ramkę. Crialese wspaniale miesza realizm magiczny, surrealizm z czasem brutalnym realizmem, dzięki czemu wszystko tworzy dziwną, smutną, ale i piękną całość. No, DOBRE.

Jedną rzeczą która mi troszkę psuła harmonię dzieła było użycie pod koniec dwóch moich ulubionych piosenek Niny Simone (DOBRE „Feeling good” i „Sinnerman”). Mimo, że słucha się ich z przyjemnością, to trochę przeszkadza mi nagłe (choć w sumie logiczne) przejście z muzyki instrumentalnej (ew. sycylijskich pieśni ludowych) do współcześniejszych utworów, które odciągają uwagę od ważnych scen zamiast je podkreślać. Ale to tylko taka drobna uwaga, film (i zakończenie) nadal bardzo DOBRE. Oczywiście artystycznie, bo nie wiem, czy można to nazwać happy endem.

Pesciolina

DOBRY film: Millerowie

millers (1)

„We’re the Millers”

USA, 2013

reż. R. M. Thurber,

sc. S. Faber, B. Fisher, S. Anders, J. Morris

wyk. J. Aniston, J. Sudeikis

Wszyscy jesteśmy strukturalistami. Przynajmniej tak ostatnio przeczytałem na pulpozaurze, z którym to mamy przyjemność od czasu do czasu współpracować. Rozkmina dotyczyła akurat procedurali, czyli seriali gdzie mamy do czynienia ze znaną sytuacją – szpital, komisariat policji, agencja PR, zamek pełen rycerzy czy kancelaria prawna. Mając znaną bazę, twórcy mogą się pobawić nadbudową. Operują znanymi schematami, ale dzięki temu skupiają się na tym, co naprawdę ciekawe i dające pole do popisu – na intrygach, problemach, relacjach międzyludzkich.

Te spostrzeżenia miały mi pomóc w ustosunkowaniu się do filmu, jaki zobaczyłem już w deszczowej aurze Brukseli. Współautorka tego bloga smaży się w Italii, a ja przyzwyczajam się do aury belgijskiej stolicy, którą – jak to określił jeden z mieszkańców tego miasta, gdy usłyszał moje narzekania na irytująco dżdżystą i zimną pogodę – zwą „The Land of Rain” (czy to ma coś wspólnego z tym?!). Nie popadając w zbędne dygresje, zaznaczmy, że zatęskniłem za wakacjami i słoneczkiem. „Millerowie”, których plakaty widziałem w Krakowie od początku sierpnia wydawali się doskonałą opcją na tak paskudny klimat…

Struktura znana – banda społecznych abnegatów zostaje wsadzona na jeden wózek. Nie za bardzo się lubią, właściwie – nienawidzą, ale wizja zrobienia interesu życia wydaje się być wystarczającym argumentem, by wstrzymać się ze wzajemnymi animozjami i podjąć się trudów współpracy. Z czasem toporna współpraca idzie coraz lepiej, postępuje integracja, aż przychodzi suspens, moment kryzysu i szczęśliwe rozwiązanie.

W te znane nam wszystkim kloci wsadzona zostaje historia Millerów. Dave (Jason Sudeikis) jest drobnym dilerem narkotyków. Popada w poważne problemy finansowe, na szczęście dostaje propozycję nie do odrzucenia. Nie dość, że uratuje życie, to jeszcze zarobi naprawdę kupę kasy. Jedynie co musi zrobić, przemycić z Meksyku (rzecz dzieje się w US) kilka ton kokainy wyborowej jakości. Sprawa jest na wstępnie raczej beznadziejna, na szczęście Dave jest jednostką spostrzegawczą – zauważa, że policja zupełnie inaczej traktuje rodzinki z dziećmi. Wpada na pomysł, do realizacji którego brakuje mu pewnego szczegółu, jakim jest… posiadanie owej rodziny. Dość szybko Dave namawia do współpracy swoją koleżankę striptizerkę (J. Aniston), młodocianą złodziejkę Casey (Emma Robers II, prywatnie bratanica… Julii Roberts) i nieco przytrzymanego Kenny’ego. I już jako „eee… Millers! Yes, We’re the Millers” ruszają w drogę pełną przygód.

Fakt, iż ta paka odszczepieńców musi odgrywać wzorową (czytaj: nudną) typową amerykańską rodzinkę, a jednocześnie uciekać przed pościgiem zabijaków z meksykańskiego kartelu narkotykowego, użerać się po drodze z prawdziwą typową, amerykańską rodzinką i jeszcze zdążyć na czas przywieźć towar jest oczywiście żyznym gruntem pod żarty i żarciki. I to czasem naprawdę mocne, co jest niewątpliwym plusem filmu. Scenarzyści bezczelnie igrają z naszym poczuciem dobrego smaku, bez żenady pokazując na ekranie to, co przed sekundą przemykało w naszych perwersyjnych umysłach antycypujących puenty gagu. Udaje się jednak zrobić to wszystko w taki sposób, aby – oprócz wywołania w nas zażenowania, że należymy ze scenarzystami do tego samego gatunku zwierząt – spowodować, że mimo wszystko śmiejemy się z tych nieraz dramatycznie prymitywnych żarcików (przyznam się – ja padłem, jak głupiutka striptizerka chwaliła się dziarą „Boner Garage” na podbrzuszu ze strzałką wskazującą na dół).

Niektóre z nich nie powalają inwencją, a i przy części zawczasu domyślamy się co nas czeka. Jak bym się bardzo chciał przyczepić, to ponarzekałbym na tę nieco zaskakującą nierówność. Gdyby wszystkie były tak dobre, jak te najlepsze, to film byłby jeszcze lepszy, może nawet bardzo dobry (tracę na stylistyce, ale słowa oddają rzeczywistość;) No i rzecz jasna fabuła ma swoje słabsze momenty, jednak nie bądźmy już tak wybredni. Czego w końcu oczekujemy po komedii wakacyjnej, w której gra Jenifer Aniston? Że będzie aluzja do „Przyjaciół”?

To powiem wam, że jest, a pewnie. Nie ma niespodzianki, ale sposób w jaki została ona przemycona mówi wiele o filmie. Wiemy co będzie, a i tak daje nam radości. Stara historia z zakończeniem mającym -6k6+2exp do „Ataku z zaskoczenia”, ale opowiedziana tak, że i tak bawi.

Za oknem deszcz dźwięczy ze swoją niemiłosierną i beznadziajną uporczywością o okna brukselskich mieszkań, a ściny kin rozbrzmiewają śmiechem wywołanym tańczącą na rurze Jennifer…

Słoń

DOBRE i ZŁE adaptacje: Tydzień kostiumów na Pulpozaurze

Sense-and-Sensibility-1995-sense-and-sensibility-5222108-1024-576

 

Hej! Dziś niestandardowo. Odsyłam na zaprzyjaźnionego Pulpozaura, gdzie dziś zaczął się Tydzień z kostiumem. A tam mój artykuł na temat adaptacji powieści Jane Austen — i tych DOBRYCH i tych ZŁYCH.

http://pulpozaur.pl/2013/09/16/klub-adaptacji-jane-austen/

Zapraszam, i obczajcie całego Pulpozaura.

Rybka

Pulpozaur.pl

DOBRY film: What Maisie Knew

„What Maisie Knew”

USA 2012

reż. Scott McGehee, David Siegel

 sc. Nancy Doyle, Carroll Cartwright (na podst. powieści Henry’ego Jamesa)

wyk. Onata Aprile, Julianne Moore, Alexander Skarsgård, Joanna Vanderham, Steve
Coogan

Pozdrawiam Was z Włoch. Być może do miejsca mojego pobytu bardziej pasowałaby recenzja „Pokoju z widokiem”, jednak modernizacja powieści (czy raczej części powieści) Henry’ego Jamesa poniekąd też jest aktualna — w końcu to Italię pisarz ten stawiał za przykład europejskiego zepsucia. 

Ale nie w „What Maisie Knew”: książka opisuje dzieje dziecka postawionego pomiędzy dwójką nie mogących się dogadać rodziców, będącego nawet nie stawką, ale narzędziem w grze „kto komu zrobi bardziej na złość” — łatwiej jest to sobie wyobrazić jako coś napisanego nie tak dawno, a nie w 1897 roku. Henry James był jednym z pierwszych pisarzy, którzy zwrócili uwagę na sytuację dziecka w przypadku rozwodu rodziców, był prekursorem tych wszystkich wszystkich Kramerów i Baumbachów.

Twórcy filmu nie mieli wielu problemów z modernizacją — wycieli jedną ważną bohaterkę, przenieśli akcję z Londynu do Nowego Jorku, zakończyli film tam, gdzie książka robi się nudna. Zakończenie jest równie nieprzewidywalne, choć — w związku ze zmianami — inne (świadomość tego, co będzie może sprawić, że ci co mają lekturę za sobą trochę inaczej odbiorą film). Sam szkielet historii jest bardzo Jamesowski, zachowany jest punkt widzenia dziecka, a moim zdaniem sami rodzice są lepiej zarysowani niż w oryginale. Tu matka (Julianne Moore) jest starzejącą się rockmanką (rockwomanką?), która kocha córkę, choć za diabła nie wie, jak się nią zająć i zapłaci każdą cenę, by wskrzesić karierę, a zabiegany papa (Steve Coogan — człowiek posiadający fisjognomię która sama prosi  by go obsadzić w roli pacana) trochę się dziecka boi a raczej ucieka jak może przed odpowiedzialnością i radzi sobie z nim równie źle jak matka, ale jakoś mu na Maisie zależy. Książkowi rodzice mają małą gdzieś, głównie się nienawidzą i cudzołożą z kim popadnie (James z jakiegoś powodu strasznie potępia cudzołożników). Filmowi rodzice też się nienawidzą, jednak kochają dziecko — na swój sposób. Potem na arenę wkracza nowa macocha (Joanna Vanderham) oraz wysoki blond ojczym (Alexander Skarsgård, który tu wcale nie jest wampirem). 

Autorka nie zazdrości bohaterce sytuacji rodzinnej, jednak chciałaby mieć tak wypasione ciuchy jak Maisie. Też chcę mieć sukienkę w ryby!

Utrzymany z punktu widzenia małej dziewczynki, film w ciekawy sposób ukazuje historię dziecka, które jakoś dobrze sobie radzi w ciągle zmieniającym się, chaotycznym życiu nieznoszących się rodziców, lecz które potrzebuje ciepła i miłości. Coś, co mogło być ckliwym wyciskaczem łez wyszło niebanalnie, z bardzo dobrym wyczuciem i równowagą tego co smutne,  tego co urocze, co śmieszne i co okropne, a różne relacje Maisie z poszczególnymi dorosłymi, jej dostosowywanie się do sytuacji i nastrojów zostały świetnie oddane przez małą (siedmioletnią?) Onatę Aprile.

Polecam, niezależnie czy się czytało powieść czy nie. No dobra, zawsze radzę przeczytać książkę, ale tym razem równie dobrze można to zrobić po obejrzeniu filmu.

Ryba

A, wsadzam i zwiastun:

ZŁY Film: JOBS

steve-jobs-movie-jobs2013-poster-ashton-kutcher-jobs-movie-official-movie-poster-jobs-movie-pictures-jobs-2013-movie-stills

„Jobs”

USA, 2013

reż. Joshua Michael Stern, sc. Matt Whiteley

wyk. Ashton Kutcher, Josh Gad,

Kinowe adaptacje historii wielkich osobowości to ciężka sprawa. Wiadomo – na wstępie poprzeczka podniesiona jest nieco wyżej, bo zawsze będziemy oczekiwać, że film swoją jakością zbliży się do formatu postaci, o której traktuje. Trzeba jakoś w miarę wiernie odtworzyć fakty, ale fajnie by było jeszcze wykazać się jakąś artystyczną inwencją, jeśli nie chcemy kręcić fabularyzowanych dokumentów, które ogląda młodzież na lekcjach historii w gimnazjum .

Takie filmy można zrealizować na dwa sposoby. Albo bierzemy na tapetę jedno wydarzenie z życia naszego bohatera i wokół tego konstruujemy całą fabułę, wzbogacając o jakieś elementy z przeszłości. Tak zrobił Besson z opowiastką o Aung San Suu Kyi („Lady”), gdzie punktem wyjścia do ukazania legendy birmańskiej opozycji były wydarzenia polityczne sprzed parudziesięciu lat i dramat, jakim była niemożność wzięcia udziału w pogrzebie męża. W przypadku oskarowego „Lincolna” wielkość najfajniejszego prezydenta USA pokazana została poprzez jego starania o zakończenie wojny secesyjnej i równoczesne przepchnięcie XIII poprawki do konstytucji.

Z drugiej strony można próbować ugryźć sprawę nieco bardziej (wybaczcie, magistra politologii mam, to się powyżywam) holistycznie. Pojście takie może dać niezłe rezultaty, szczególnie jak dodamy jeszcze takie szaleństwo, jak odgrywanie postaci głównego bohatera przez kilku aktorów, co przetestowano w biografii filmowej Dylana, granego przez Cate Blanchett (!), Heatha Ledgera i paru innych w „I’m not there”. Przy zakreśleniu sobie tak szerokiego tematu może jednak uciec od meritum. W natłoku wydarzeń zagubimy osobowość i uwikłamy ją w serię może i spektakularnych, ale zbyt licznych wydarzeń, z których w sumie nic nie wynika i bynajmniej nie łączą się w jakąś logiczną całość. A na pewno nie mamy wrażenia, że się czegoś dowiedzieliśmy bądź zrozumieliśmy. Klasycznym przykładem jest tutaj dla mnie iście katastrofalna „Żelazna Dama” – seria fantastycznych i spektakularnych dokonań, które wyciskają łzy prawicy na całym świecie („och, kto tak zajadle będzie teraz tępił związki zawodowe, nierobów i oszołmskich argentyńskich nacjonalistów z drugiego końca planety?”), ale poza tym nic więcej. I niewiele pomaga wybitna Maryl Streep.

Dokładnie ten sam błąd popełniono z „Jobsem”. Tylko tutaj akurat niewiele przeszkadza Ashton Kutcher.

Chłopak się akurat niemało stara no i trzeba mu przyznać – nie wychodzi to mu najgorzej. Według niektórych jest to jego „najlepsza rola ever”, no ale biorąc poprawkę na to, w jakich produkcjach na razie występował (ja go znam z „Amerykańskiego Ciacha”, gdzie poza pływaniem w basenie i uprawianiem seksu z kolejnymi utrzymankami musiał niewiele robić i tak głupiej i bezsensownej, że aż DOBREJ komedii „Stary gdzie moja bryka?”) to nie wiem, czy należy taką opinię traktować jako komplement. Sprawiedliwości trzeba oddać, że widać, iż solidnie przygotował się do roli, a i fizycznego podobieństwa nie odmówimy. Są to jednak lata świetlne od tego co wyczyniał Daniel Day-Lewis w „Lincolnie”. Fakt, że pod wieloma względami mniej znamy Lincolna (w końcu żył dwa wieki temu) niż współczesnego nam Jobsa, ale i tak różnicę między Kutsherem, a Day-Lewisem liczyć należy w latach świetlnych.

Jak jednak zaznaczyłem – największym problemem „Jobsa” jest ta kuriozalna chęć pokazania wszystkiego. Po co? Nie ma czasu na próbę zrozumienia bądź wyjaśnienia fenomenu do niedawna jednego z najbardziej wpływowych ludzi na świecie. Skaczemy od jednego znanego z gazet/biografii Jobsa wydarzenia do drugiego. Od czasu do czasu nasz bohater wykaże się sprytem, inwencją twórczą, kreatywnością, bezczelnością, albo powie taką kwestię, że wiemy, że jest geniuszem, który zmieni świat. Raz jest zamyślonym i nieco socjopatycznym Einsteinem, raz psychopatą, kiedy indziej kochanym ojcem (a czasem mniej kochanym ojcem:), ale te wszystkie obrazy właściwie niewiele łączy i nic z nich nie wynika. Spod tego wszystkiego wyziera niestety dramatyczny brak koncepcji na to, o czym właściwie ma być ten film. O Jobsie (jak sugeruje tytuł), Apple’u, a może najbliższym współpracowniku tytułowego bohatera – Wozniaku? Który – przy okazji – jest najbardziej wyrazistą i intrygującą postacią filmu. Złośliwy – urzeczeni kreacją Josha Gada – komentowali, że woleli, by film nosił tytuł „Woz” i przyglądnął się jednej z najważniejszych postaci odpowiedzialnej za sukces Apple’a.

first-jobs-trailer

– Co robicie w tym garażu?
                                                 – Zmieniamy świat…
                                                  Źródło: media.idownloadblog.com

Twórcy dosyć często ratują się naiwnym tryumfalizmem i entuzjazem zbudowanym na pięknie tego, co robił i tworzył Jobs. Mam jednak wrażenie, że jest to bezczelne granie naszą świadomością – to nie film nas wzrusza, ale nasza świadomość, że facet był naprawdę osobowością na miarę największych innowatorów w historii (a przynajmniej tak się nam na razie wydaje. Za parę lat, kiedy zamkną internety, miejsce największych kłamców w historii (Freuda, Marksa i Nietzschego) zajmie cyfrowa trójca (Gates, Jobs, Zuckerberg) i nikt nawet nie będzie pamiętał o takich niszczących naszą psyche badziewiu jak smartfon czy facebook. Zobaczycie, tak będzie!).

Chciałoby się oczywiście powiedzieć, że jasne, jest jak jest, ale przynajmniej dobrze się to ogląda, a i muzyka jest fantastyczna. No, niestety – nie jest. Długaśne to przeraźliwie, co gorsza ścieżka dźwiękowa jest dosyć nachalna i jednak mało – co mnie bardzo zaskoczyło – inwencyjna. Jak cały film – pustka i dętka, którą jak najszybciej będziemy chcieli wywalić z pamięci.

Potwierdza się niestety, że czasem to życie pisze najbardziej pasjonujące historie.

Sorry Ashton. Ale się starałeś:)

Słoń