DOBRY film: Frances Ha

Na ten film chciałam już iść od dawna. Nie posłuchałam ostrzeżenia koleżanki, która wczoraj na facebooku napisała, że po wyjściu z  „Frances Ha” chciała iść do najbliższego  supermarketu po flaszkę wina by ją wypić w samotności i pogrążyć się w rozpaczy. Choć rozumiem, dlaczego (spora) część filmu mogła wprowadzić w taki nastrój, według mnie przesłanie tego filmu (i zakończenie) nastraja bardziej pozytywnie, nawet jeśli jest to pozytywniejszy-realizm niż wybuchany optymizm*.

Czytaj dalej

DOBRY film: Przed północą

Dziś pierwszy (mam nadzieję, że z wielu) gościnny post na naszym blogu, autorstwa członka  ekipy zaprzyjaźnionej strony poświęconej serialom, pulpozaur.pl. Zachęcamy do zapoznania się z ich działalnością! Dziś zamiast o serialu, Ko J. (złotą gwiazdkę temu, kto rozszyfruje jego pseudonim) napisał o DOBRYM filmie. 

Before Midnight

USA 2013

reż. Richard Linklater, scen. Richard Linklater, Julie Delpy, Ethan Hawke

wyk. Julie Delpy, Ethan Hawke, Athina Rachel Tsangari, Panos Koronis

Trzecie (po „Przed wschodem słońca” (1995) i „Przed zachodem słońca” (2004)) spotkanie z Celine i Jessem jest jak spotkanie z dawno nie widzianymi znajomymi. Niby widać, że to dokładnie ci sami ludzie – rozmowy mają znany już dobrze posmak, słychać nawet te same żarty (to część uroku spotykania ludzi po latach) – ale widać też, że upłynęło sporo czasu: kolejne doświadczenia odcisnęły na bohaterach swoje piętno, trochę ich wzbogaciły, trochę zniszczyły. Tak czy inaczej nie trzeba się obawiać, że będzie nudno, że to powtórka z rozrywki, odgrzewane kotlety i tak dalej.

Spora w tym zasługa fabuły, czy może jej braku: nic się tutaj nie dzieje w filmowym tego słowa znaczeniu. Ot, bohaterowie chodzą i rozmawiają (filmy, w których ludzie spotykają się i rozmawiają, to jeden z moich ulubionych gatunków filmowych – jeśli można to nazwać gatunkiem – a seria „Przed…” mieści się w czołówce moich ulubionych filmów), choć zaznaczyć trzeba, że tym razem chodzenia jest zdecydowanie mniej niż rozmawiania.

A zatem: co się nie zmieniło u tej dwójki od czasu ostatniego spotkania? Na pewno Julie Delpy; zamiłowanie bohaterów do spędzania czasu w pięknych miejscach (tym razem padło na Półwysep Peloponeski); oraz dialogi: żywe, błyskotliwe, cięte, pełne przekomarzanek i wygłupów (zwłaszcza w wykonaniu Jessego, chociaż Celine udająca głupawą lasię nie ustępuje mu pola), przebiegające całe spektrum tematów: od miłości i relacji damsko-męskich, przez sztukę i architekturę (Jesse dzieli się kolejnym pomysłem na książkę!), na polityce skończywszy.

Sporo także uległo zmianie (postaram się nie podawać żadnych szczegółowych informacji o tym, jak wygląda życie bohaterów; ci, którzy znają poprzednie części, wiedzą, jak ważnym elementem serii jest niepewność co do tego, jak potoczyły się losy bohaterów, do momentu zajęcia miejsca przed ekranem). Ethan Hawke dorobił się fryzury dużo korzystniejszej niż w „Przed zachodem słońca”. A cała historia stała się o wiele smutniejsza. Pierwsza część wydawała się wyjęta prosto z bajki: ona i on spotykają się w pociągu, wysiadają w nieznanym mieście – i w ciągu kilku spędzonych razem godzin zakochują się w sobie. Częśc druga posiadała jeszcze sporo tego nastroju, choć jednocześnie konfrontowała bohaterów z ich frustracjami i skomplikowanymi życiowymi wyborami. W „Przed północą” czar nieomal pryska – zostaje tylko smutna (?) rzeczywistość. Czterdziestoletni Celine i Jesse są zmęczeni, a pytanie, czy magię młodości da się jeszcze odzyskać, czy może być tak, jak dawniej, przewija się cały czas w tle, aż do finału, boleśnie intymnego i boleśnie szczerego – widz powinien przygotować się na dużo emocjonalnego boksowania po nerkach i, jak to w tej serii bywa, otwarte zakończenie, które przyniesie niewiele ulgi.

Na zakończenie czuję się w obowiązku rozwinąć nieco werdykt wydany już w tytule notki. „Przed północą” to film zdecydowanie dobry – upływ czasu uczynił bohaterów nie mniej fascynującymi, za to dużo prawdziwszymi i bardziej skomplikowanymi – ale gorszy niż poprzednie dwie części, głównie za sprawą zakończenia. Mam przeogromną nadzieję, że to nie ostatni raz, kiedy spotykamy Celine i Jessego, zostawiamy bowiem bohaterów w momencie, kiedy są wystarczająco mądrzy, by wyartykułować swoje problemy, ale niewystarczająco mądrzy, by je rozwiązać.

Ko J.

pulp_header

DOBRY film: The Squid and the Whale

Film ten po polsku nazywa się „Walka żywiołów”, jak gdyby dystrybutor nie obejrzał filmu i uznał, że „Kałamarnica i wieloryb” było zbyt enigmatycznie. A to pomimo faktu, że po obejrzeniu każdy będzie wiedział, dlaczego tak to się nazywa, a trochę tajemniczości jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziło. Postanowiłam zbojkotować polski tytuł — wolno mi, mój blog, a Współautor gdzieś hasa bez internetu.

Czytaj dalej

ZŁY film: Wielkie Nadzieje

Great Expectations

Wielka Brytania, USA 2012

reż. Mike Newell, scen. David Nicholls, na podst. powieści Charlesa Dickensa

wyk. Tim Irvine, Jeremy Irvine, Helena Bonham Carter, Ralph Fiennes

Są dni, kiedy nie jestem pewna co sądzić o filmie. Zwlekam z napisaniem recenzji, pluję sobie w brodę, że uczepiliśmy się konieczności określania czy dany film jest ZŁY czy DOBRY. Tak było i w przypadku tego. W sumie nie jest to jakiś masakrycznie ZŁY film, lecz mógł być znacznie lepszy. Jak zawsze w przypadku takich dylematów, po powrocie z kina chcę się z tym przespać, a jak i drzemka nie pomoże, to jęczę i zatruwam życie towarzyszom seansu. Tym razem ofiarą padła Stefa*. Ze Stefą przyjaźnię się się dziesięć lat, przeszłyśmy razem niejedno. Razem wykradałyśmy jedzenie i uciekałyśmy przed bandą harcerzy, razem chodziłyśmy do podstawówki, gimnazjum i liceum. Stefa wie co to ZŁY film. W ciągu ostatniej dekady widziałyśmy dużo ZŁYCH (i trochę DOBRYCH) filmów. Liczę się z jej diagnozą, za parę lat to właśnie ona będzie mnie leczyć  w mojej hipohondrii (współczuję). Nękana moimi rozterkami, udzieliła mi takiej rady: „Ja bym jednak napisała, że ZŁY, bo jeśli kogoś zachęcisz, pisząc, że DOBRY, to pewnie wyjdzie rozczarowany”.

Przytaknęłam i posłuchałam. Zamiast iść na ten film, lepiej wypożyczyć książkę,przeczytać,  a potem zobaczyć którąś z prawie dwudziestu adaptacji, najlepiej serialowe prod. BBC. Najpierw przeczytajcie książkę, bo jest DOBRA. Najlepsza w Dickensie jest narracja i przekomiczna charakterystyka postaci. Film, niestety, zdziera ten urok dickensowości. Natomiast dla anglistów — i lektura, i film obowiązkowy. Dla fanów Harry’ego Pottera w sumie też, bo to „spoteryzowany” („zrowlingowany”?) Dickens, ale o tym za chwilę.

Czytaj dalej

DOBRY film: Perswazje

Persuasion

Wielka Brytania, USA, Francja 1995

reż. Roger Michell, scen. Nick Dear (na podstawie powieści Jane Austen)

wyk. Amanda Root, Ciarán Hinds, Sophie Thompson, Corin Redgrave

„Nie grał pan przypadkiem w Harrym Potterze?”

Jest prawdą powszechnie znaną, że każdy szanujący się brytyjski aktor spełnił przynajmniej jeden z poniższych warunków:

  1. zagrać w filmie z Maggie Smith.
  2. zagrać w adaptacji Jane Austen.
  3. Zagrać w Harrym Potterze lub w Doctorze Who.

Braków w trzecim na razie nie da się nadrobić (choćpewnie za paręnaście lat będzie nowa adaptacja…), z pierwszym trzeba się spieszyć (choć Maggie Smith jest wieczna*), za to zwykle co dwa laty wychodzi jakaś adaptacja Jane Austen lub przynajmniej film biograficzny inspirowany jej życiem.

W „Perswazjach” z 1995 roku**  nie ma Maggie Smith, a z aktorów HP’owskich gra „tylko” brat Dumbledora, Miranda Hopkirk i ciotka Petunia (dla porównania: w „Rozważnej i Romantycznej” mamy z dziewięciu potterowców i dr. House’a). Jest to jednak jedna z lepszych adaptacji*** powieści Jane Austen i po prostu DOBRY film.  Twórcy nie próbują na siłę „zbrontezować” powieści. Nie ma stania na klifie o zachodzie słońca, tylko subtelny romantyzm i ironiczne pokazanie ludzkich wad. Nie ma sztywnych kostiumów i niewygodnych fryzur, aktorzy wyglądają, jakby założyli coś wygodnego. Jak wracają z długiego spaceru są brudni, jak tańczą, to niekoniecznie zgrabnie. Wszyscy grali bez makijażu. Ulice Bath są brudne, nad morzem prawie że śmierdzi rybami. Przy jedzeniu ludzie mlaskają, a na stole bywa bałagan.

Mimo subtelnych komicznych smaczków książka pisana prawie na łożu śmierci, jest najbardziej melancholijnym dziełem Austen, film tak samo. Śmieszy przeglądający się w każdym sztućcu pompatyczny ojciec głównej bohaterki (Corin Redgrave), śmieszy jej siostra-hipochondryczka (Sophie Thompson), która opowiada jak to fatalnie z nią jest zażerając się pasztetem. Jednak melancholia głównej bohaterki — jak również jej stopniowa przemiana — jest świetnie oddana poprzez mistrzowskie dopasowanie muzyki (głównie preludia Chopina i Bach). Świetna równowaga pomięddzy tym, co śmieszne, i tym, co smutne. Film pokazuje dystans Austen do sentymentalizmu i romantyzmu. No i zdaje test Bechdel! I porusza wątki feministyczne (decydowanie o sobie, dominacja mężczyzn w literaturze). No i ten list…

Oczywiście, zawsze polecam przeczytanie książki (zwłaszcza w oryginale — tłumaczenia Jane Austen na polski są nienajlepsze). Jednak film jest świetnym jej uzupełnieniem — a może zachęci kogoś do przeczytania oryginału?

Rybka

*Co ciekawe, sama MS nie zagrała jeszcze w żadnej adaptacji Jane Austen, choć grała w dość okropnej (i nadmiernie sentymentalizującej autorkę, która zawsze stawała po stronie zdrowego rozsądku i nierzadko gorzkiej ironii) „Zakochanej Jane”. Na wyrzekanie na ten film jeszcze przyjdzie czas.

**Nie mylić z koszmarną wersją z 2007 roku, w której zamiast najpiękniejszego listu miłosnego w historii literatury mamy maraton kalek po Bath i najobrzydliwszy pocałunek w historii brytyjskiej telewizji.

***Puryści przeyczepiliby się może tylko do tego, że „zły” bohater nie jest w filmie tak podły jak w książce.

Moim marzeniem jest, by kiedyś wszyscy znani mi faceci założyli coś takiego.

DOBRY film: Tajemniczy ogród

The Secret Garden

Wielka Brytania 1993

reż. Agnieszka Holland, scen. Caroline Thompson (na podstawie powieści Frances Eliza Hodgson Burnett)

wyk. Kate Maberly, Heydon Prowse, Andrew Knott, Maggie Smith

To jest moja ulubiona mina. Wielokrotnie próbowałam ją odtworzyć, ale niestety nie mam w sobie tyle żółci.

Chyba każdy* ma taką książkę (lub, jak w moim przypadku, KSIĄŻKI) do której wraca tak często, że okładka odpada, jest „zaczytana na śmierć”. Nabokov twierdził, że książkę poznaje się najlepiej podczas „kolejnego czytania”, czy też „kolejnych czytań”; za każdym razem (jeśli książka jest DOBRA) odkrywa się w niej coś nowego. Tak też jest z filmami.  Mam kilka kaset VHS (pamiętacie coś takiego?), których nie można już oglądać nie dlatego, że nikt już ani nie sprzedaje, ani nie naprawia odtwarzaczy wideo, lecz dlatego, że były oglądane tak często, że taśma się przetarła i zaczęły występować specyficzne „zebrowate” pofalowania.

„Tajemniczy ogród” Agnieszki Holland, adaptacja jednej z moich ulubionych (i równie często czytanych) książek z dzieciństwa, należy do takich dzieł „wielokrotnego użytku” . Kaseta VHS nie nadawała się do niczego jeszcze długo przed tryumfem płyt wszelakiego rodzaju. Teraz, rzecz jasna, jestem szczęśliwą posiadaczką DVD, a na Spotify w kółko odsłuchuję wspaniałą muzykę do filmu autorstwa Zbigniewa Preisnera. I powieść, i jej adaptacja, miały wielki wpływ na ośmioletnią (i starszą) Rybkę. W podstawówce, niczym Mary, nosiłam warkocze, skakałam na skakance,  jadłam owsiankę, a w trzeciej klasie przez jakiś czas miałam przerażający zwyczaj wiązania sobie nieumiejętnie wstążek we włosach i noszenia sukienek do kolan i marzenia o byciu wysłaną na jakiś czas do garbatego wuja mieszkającego w wielkim domu wśród wrzosowisk.

Teraz też oglądam ten film z zapartym tchem, mimo, że znam go na pamięć (mogę recytować dialogi z pamięci o północy). To nie on się zestarzał, tylko ewentualnie ja — z przerażeniem odkryłam, że Laura Crossley grająca służącą Martę podczas kręcenia filmu miała tylko piętnaście lat, czyli osiem lat mniej niż ja teraz, a ja ją zawsze miałam za „dorosłą”. Tantrum odstawiane przez Colina – Heydona Prowse’a (który niestety nie grał w innych filmach) są tak cudownie realistyczne, w ogóle dzieci tu grają fenomenalnie.

Cóż, to jest (obok „Gwiezdnych Wojen” i „Matyldy”) najważniejszy film mojego dzieciństwa — jaki jest Wasz?

Rybka

*Niedawno Współautor wyraził wielkie zdumienie tym, że ja wielokrotnie czytam te same książki i oglądam te same filmy. Ja byłam zdziwiona, że on uważa to za coś dziwnego.

Maggie Smith chyba założyła się z kimś, że zagra w jakiejś adaptacji KAŻDEJ klasycznej powieści brytyjskiej. Poza tym chyba podpisała jakąś umowę z diabłem, bo od ponad dwudziestu lat wygląda tak samo. 

Zły Film: Tylko Bóg wybacza

Za: thesecondtake.com

Za: thesecondtake.com

Only God Forgives

Francja, Tajlandia, USA, Szwecja 2013

reż. i scen.:  Nicolas Winding Refn

wyk.: Ryan Gosling, Kristin Scott Thomas, Vithaya Pansringarm

Oniryczna, poplątana w wątkach i domysłach wyprawa na dno europejskich, sadomasochistycznych fantazji dalekowschodnich. Ciągnące się jak kisiel ze startym jabłkiem sceny nagłych cięć uprzednio dokładnie przestudiowanej przez kamerę maczety; spacery po krętych bunkrach mrocznych azjatyckich klubów, zalewający nas nagle mrok i zaskakujące zbliżenia przecinania, przekłówania lub przeszywania ludzkiego ciała, z loterią, polegającą na tym, czy usłyszymi rozdzierający krzyk niepisanego bólu czy melodyjną piosenkę o Kwiecie Naszego życia, na który daremnie czekamy, choć powiedzieliśmy mu, że go kochamy.

Mówiąc po naszemu: Bangkok, dziwki, koks i tajski boks. I Ryan Gosling. Doskonałą zaprawdę jest muzyka Cliffa Martineza*, (odpowiedzialnego za naszą muzyczną ekstazę przy oglądaniu „Drive’a”) która szumi, uwiera, niepokoi i wzbiera, by nagle zalać nas brzęczeniem i napięciem, a tę chorą i ociekającą krwią historię otulić schizofrenicznymi dźwiękami. W mrokach tajskich zaułków załatwia się mniej lub bardziej szemrane interesy. Nie ma miejsca na morały — do rynsztoków tajskiej metropolii nie dociera jasność słońca. Cyniczni Europejczycy załatwiają swoje biznesy, czasem ich jednak ponosi i ten czy inny autochton uprzednio zgwałcony przez owego białego człowieka ginie w hektolitrach swojej krwi w jakimś obskurnym burdelu. Oczywiście, Azjaci też mają swojego bohatera, działającą bez żadnych hamulców karzącą rękę Prawa i Sprawiedliwości — policjanta, który jest niszczącym wszystkim, co nawinie się pod ręką (ale najchętniej kataną, jaki nosi na plecach) tajskim robocopoem, choć ma brzuszek i chyba już będzie po pięćdziesiątce.

Karząca Ręka Tajskiej Sprawiedliwości śledzi i wytrwale tropi złych Europejczyków, którzy zwierają szyki. Na ich czele stoi bezwzględna i wulgarna biała kobieta, jedząca na śniadanie kokainę zamiast serka granulowanego, żądająca krwawej zemsty za śmierć swojego ukochanego pierworodnego i na linię frontu posyłająca swojego drugiego syna – boskiego Ryana Goslinga.

Wszystko się pląta, zwiera, przyciąga. Samonakręcająca się spirala bezsensownej vendetty  zmierza do nieuchronnej konfrontacji w sosie kwaśno-gorzkim, zalewającym nie prażonego w sezamie kurczaka, ale siekane ludzkie kawałki. Ryan ma dać po mordzie, ale sam dostaje. I ma siniaki. Ale nie odpuszcza. Złość narasta. Hipnotyczny, balansujący na granicy jawy i snu film, ma być wiwiseksją samotności, opuszczenia, studium syndromu zaniedbanego drugiego syna, który nie potrafi się wyzwolić z opieki nadopiekuńczej matki. Nawet z laskami zabawia się krępując się i przywiązując do krzesła fioletowymi wstążkami i jedynie patrząc na ich coraz bardziej nagie wdzięki.

Dużo tu „Kill Billa” Tarantino czy „Wkraczając w pustkę” Noe. Mnóstwo zabawy z konwencją i jeszcze więcej z dobrym smakiem widza. Kinowa postmoderna, którą żeby zrozumieć, trzeba przedrzeć się przez misterne konstrukcje i efekty. Jak macie na to siłę, to powiedzcie co tam znajdziecie. Ja sobie dałem siana po kwadransie. Słoń *Współautorka twierdzi wręcz, że ten film jest znacznie lepszym słuchowiskiem.

Dobry Film: W Cieniu

416155.1

Ve stínu koně

Czechy, Polska, Słowacja, 2013

reż. David Ondříček

wyk. Ivan Trojan, Sebastian Koch

Widzisz plakat filmowy. Pierwsze wrażenie – dobre. Podchodzisz, ogarniasz obsadę, reżysera; szczęściem dystrybutor przypomni Ci co reżyser wcześniej zrobił i wiesz, że to jest ten film, na który MUSISZ iść, nawet jak jesteś kompletnie i absolutnie spłukany. Dzień sprzyjał, pogoda paskudna, lało i było z 13 stopni. Ta listopadowa aura doskonale nastrajała do spędzenia wieczoru w kinie na zapowiadanym jako porządny, czarny kryminał z Czeskiej Republiki i to toczący się w latach 50.! „Rewers” w wykonaniu naszych południowych sąsiadów? Koniecznie!

Spodziewałem się czegoś powalającego. Tym bardziej, że dzieło zmontował sam David Ondříček – ten od „Samotnych” – moim zdaniem kwintesencji wszystkiego tego, z czym nam się kojarzy  czeskie kino – absurdalnego i nieco autystycznego humoru, podszytego egzystencjonalnym niepokojem i zagubieniem. W „Samotnych” jedną z głównych ról gra Ivan Trojan, który w dziele Ondříčka sprzed 13 lat wcielił się w postać Ondrieja – poważnego  i szanowanego lekarza, głowy rodziny, który popada w delikatną fiksację spotykając – niekoniecznie przypadkowo – na ulicy swoją dawną, niespełnioną miłość. Inną doskonałą kreacją aktora jest Stary Karamazow w „Braciach Karamazowa” Zelenki – kolejny doskonały czeski film, gdzie fabułę Dostojewskiego opleciono historią pewnej trupy teatralnej, a całość wciśnięto w postindustrialne przestrzenie Nowej Huty. Brzmi świetnie, jeszcze lepiej wygląda.

Trojan we „W cieniu” wcielił się z kolei w postać dedektywa Hakla. Rzecz dzieje się w Pradze w latach 50. Komuna szaleje już na całego, bezpieka roztacza macki kontroli i terroru, a wszyscy szykują się do reformy monetarnej, która ma ratować kulejącą gospodarkę nakazową, przy okazji pozbawiając szarych obywateli oszczędności życia. W takich okolicznościach Hakl musi rozwiązać zagadkę pewnego napadu rabunkowego. Szybko i sprawnie, jak po sznurku, dociera do szajki Syjonistów, która miała zamiar przekazać pieniądze Ameryce i Izraelowi. Jak to jednak bywa w dobrych kryminałach, okazuje się że sprawa p0szła trochę za łatwo i sprytny Hakl zaczyna węszyć. W trakcie prowadzonego na własną rękę śledztwa trafia na majora z NRD z podejrzanymi tatuażami, który nie do końca wiadomo w co i z kim gra; Urząd Ochrony Państwa, który nie wiedzieć czemu wpieprza się w sprawę kryminalną bynajmniej nie posuwając sprawy do przodu, oraz  całą większą kabałę, która w pewnym momencie zmusza do podjęcia dramatycznej decyzji…

I tak – pierwsza niespodzianka – nie jest to żaden „Rewers”, reżyser w żaden sposób nie kombinuje z formą, żadnych katastrofalnych czarno-białych taśm, Agaty Buzek i fabuły Andrzeja Barta (czy my kiedyś pisaliśmy na tym blogu, że „Rewers” jest ZŁY?). Trochę deszczu, prochowce i lata 50. na modłę demoludów, do tego cwany detektyw, coraz bardziej popadający w samotność i zanurzający się w mroczny świat na styku przestępstwa i polityki (choć w tamtym czasie to było prawie jedno i to samo). Brzmi znajomo? Tak, kino noir po czesku. Jednak Ondříček odarł film z wszelkich kombinacji formalnych, nie ma żadnej zabawy konwencją, klisz i schematów, ale kawał porządnego kina.

Jednak ku mojemu zaskoczeniu, Ondříček odarł film nawet z tego, co czyniło czeskie filmy czeskimi. Nie mamy tutaj dialogów, przy których nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać, próżno szukać postaci komicznych, czy też jakiegokolwiek absurdu. (Dobra, jest jeden moment – w trakcie rozmowy bohaterów na chwilę znikają polskie napis. To jedno czeskie zdanie jest w pełni zrozumiałe dla Polaków, ale umówmy się, jest to już żarcik tłumacza, a nie reżysera.) Jest twarda i ponura rzeczywistość czechosłowackiego stalinizmu.

Powiem tak – to jest najbardziej polski film, jaki powstał w Czechach. Nawet ten egzystancjonalny, silnie zaznaczony moralny aspekt całej historii jest taki nadwiślański, prosty i łopatologiczny. Oczywiście, opowiada dramatyczną historię, ale nie ma tutaj miejsca na większą rozkminę. Bohater toczy konflikt wewnętrzny, ale widz nie ma wątpliwości co do jego postępowania. Rozumiemy jego rozterki, jednak sami wychodząc z kina nie myślimy za wiele o nich, bo wiemy, że doprowadziły go one do słusznej i chwalebnej decyzji. Informacja na końcu filmu utwierdza nas w przekonaniu, że film jest formą hołdu-laurki.

Niezwykle mnie to zdziwiło. Dotychczas czeskie kino to żarty i psoty, „Jedna ręka nie klaszcze”, samotność w życiu i takie tam. A to już drugi film w ciągu ostatnich lat od naszych sąsiadów, który dotyczy komunizmu. Poprzednim był „Czeski błąd”, gdzie fabuła zasadzała się na problemach z lustracją uznanego opozycjonisty.

Odnoszę wrażenie, że trochę zamieniliśmy się z Czechami* rolami. U nas komuna była dość istotnym tematem dla filmowców, od „Psów” Pasikowskiego, przez „Rewers”, będący próbą lżejszego potraktowania tematyki, po wyniesione na inny poziom robienia filmów kino Smarzowskiego („Różyczka”, „Dom Zły”). Mieliśmy do wyboru w Polsce dłuższy czas dramaty z przeszłości, albo głupie komedie romantyczne. Powoli odkrywa się, że żyjemy w kraju, w którym są inne problemy niż lustracja czy mroki przeszłości i uczymy się robić po prostu filmy o życiu. Czesi z kolei na odwrót – po przeszło dwudziestu latach stają się dostrzec, że mają problem z komunizmem i z rozliczeniem się z niego. Są bardziej pragmatyczni, niewierzący i może sceptycznie zdystansowani do świata, co owocowało takimi inteligentymi, ale dotykającymi jednak bieżących spraw filmami. No, wyjątkiem trzymającym się jednak konwencji był „Kola” z 1996 r.My z kolei, ogólnie jako naród, staramy przykładamy duże znaczenie do historii, co dobrze było i dalej widać w naszej dotychczasowej kinematografii (też nie możecie się doczekać Więckiewiczka w roli Wałęsy czy czekacie na sequel „Katynia” „Katyń II. Smoleńsk”?).

Dla fanów czeskiej kinematografii ten film będzie może być rozczarowaniem. Jest to DOBRY film, jednak sączącą się w sercu gorycz zostawiam dla siebie, a was zapraszam do kina. Gdzieś dokopałem się do info, że bedzie to mocny kandydat do Oskara.

Słoń

*Przypis Ryby korzystającej z tego, że Współautor błąka się gdzieś bez internetu: część filmu –te wstrętne, zapyziałe, ciemne „praskie” uliczki kręcone były… w Łodzi! Po prostu Praga (jak większość czeskich miasteczek obecnie) jest tak ślicznie odnowiona, że wstrętnych zaułków trzeba szukać u nas…