ZŁY film: Bling Ring

The Bling Ring

USA 2013

reż. i scen.: Sofia Coppola

wyk. Israel Broussard, Katie Chang, Emma Watson

Nastawialiśmy się na ten film. Może to nas zgubiło. Trailer zapowiadał coś DOBREGO.  Nigdy (a do kina oboje chodzimy długo i często), nigdy nie wyszliśmy tak po prostu zmęczeni.

Początek (jak zwykle u Sofii Coppoli) świetny. Temat ciekawy, w dodatku oparty na prawdziwej historii (a właściwie na artykule w „Vanity Fair”). Gromada nastolatków z Los Angeles z łatwością okrada rezydencje Hollywoodzkich celebrytów i chwali się tym na facebooku. W dodatku film kręcono w prawdziwych domach takich sław jak Paris Hilton, Orlando Bloom, czy Megan Fox. Bohaterami tej opowieści są postacie tak głupie i próżne, że to, że ich pierwowzory żyją i właśnie kończą odbywać wyrok, jest w sumie dość smutne.

To mógł być DOBRY film. Właśnie głównie przez ten niewykorzystany potencjał uznaliśmy, że jednak jest to film ZŁY. Ten film tak skupia się na pokazaniu próżności, głupoty i chorej fascynacji „sławą”, że sam staje się, cóż, próżny i głupi. Hermiona świetnie bawi się parodiując głupią kalifornijską dziewuchę, jest kilka fajnych humorystycznych akcentów… Ale po piętnastu minutach zauważamy, że powtarzają się właściwie te same ujęcia: smutne twarze, nocny klub, paradokumentalny wkręt, wciąganie czegośtam przez nos, włażenie do rezydencji, przymiarka butów, super ciuchy, piesek, skarbonka. I tyle. Mogło być napięcie (w końcu wiemy, że ich w końcu złapią, było w gazecie), ale rozciąga się jak nudny jak flaki z rosołem „Somewhere”. Pięć minut (liczyłam) mizdrzenia się przed lustrem. Sześć dwuminutowych „tańców” w nocnym klubie. I tyle. I tyle. I tyle.  Do tego na siłę wrzucony smrodek pedagogiczny (jakże smutno kroczyć w pomarańczowym kombinezonie nie od Versace).

Zmarnowana szansa i wynagrodzenie przestępców, którzy stali się celebrytami, jak ci, których okradali.

Ryba

Dobry Film: Ucieknier

film-mud

„Mud”

USA, 2012

reż. Jeff Nichols

wyk. Matthew McConaughey, Tye Sheridan

Recenzja filmu w pierwszej osobie z perpektywy głównego bohatera? A proszę bardzo, wakacje się zaczęły, więc na bogato i z fantazją!

„To była szalona przygoda. A zaczęła się przecież tak niewinnie. Kiedy przybiegł do mnie mój dobry kumpel, Neckbone, i powiedział, że szykuje się niezła ogara, nie myślałem za długo. Rzeka, szczególnie tu gdzie mieszkamy, leniwie wije się między szuwarami i zatokami Arkansas (o jakie tu mamy świetne zachody słońca, a niech tam, powiem to, choć weźmiecie mnie za południowego głupka – nie oddałbym ich za  pozbycie się wszechobecnych komarów i tych cholernych jadowitych węży, a co!) jest pełna niespodzianek. Zawsze była. Długo też stanowiła moją codzienność. Stanowiła, co mnie bardzo smuci,, choć jak mi się wydaje, nie wiem czy to mojego tatę nie zabolało najbardziej to wszystko, co się wydarzyło tamtego lata.

No więc przybiegł kiedyś Neckbone i powiedział, że na bezludnej wyspie za czwartym zakolem jest mega sprawa. Zebraliśmy się więc z rana i popłynęliśmy na miejsce. W gęstwinie, na ostrowie wprawdzie znaleźliśmy to, czego szukaliśmy… No, nie wiedzieliśmy czego szukamy, jasne, ale liczyliśmy na coś naprawdę mocnego. Więc na szczycie tego starego drzewa po ostatniej powodzi utknęła… motorówka. Ale kij – nie o motorówkę chodzi. Znacznie ciekawsze okazało się, kto tam mieszkał.

Nazywał się Mud. Do dzisiaj nie wiem skąd przyjechał i co z tego, co opowiadał było prawdą a co zwykłym ściemnianiem. Ale trzeba przyznać, facet miał gadanę. I muły. Plus buty odstraszające demony, koszulę odstraszającą węże i takie tam. I musiał co nieco przeżyć, oj nie był lalusiem. Z resztą te jego tajemnice, opowieści, historie rodem z gangsterskiego filmu… Wszystko to od początku trochę śmierdziało, ale… jednak mi imponował. Siedział na tej wyspie z obawy przed policją przed którą uciekał, jednak z naszą pomocą wyremontował tę łajbę i to tylko po to, by spotkać się z Ukochaną. Naprawdę, imponował mi swoją zawziętością i oddaniem. Było w nim dużo tajemnicy, niewiadomej, budzącej w takich gówniarzach jak my strach, no i do tego ta policja, która polowała na niego jak na psa, ale jednocześnie wierzyliśmy mu bezgranicznie.

Jego związek z tą zdzirą Juniper był oczywiście trochę chory, ale cholera, było w nim coś magicznego, książkowego, jakby… nie z tej ziemi. Ile on był dla niej w stanie wycierpieć! U starych podziało się różnie, ta suka May Pearl wystawiła mnie do wiatru (dobra, mały głupi byłem, raz się liznęliśmy, a ja jak ostatni oszołom wydzwaniałem do niej do domu), a tutaj Mud i Juniper, która jego zdaniem była najpiękniejsza i najmądrzejsza. No cóż, kwestia gustów, ale ujęła nas z Neckbonem ich historia.

Dużo się wydarzyło. Oczywiście, może niektórych rzeczy dało się uniknąć. Ale chyba nieczego nie żałuję. Ilu chłopaków w wieku 14 lat przeżyło – w przenośni i dosłowanie – taką historię jak ja? Nie wiem, czy była ona z happy-endem i co się stało z Mudem. Ale chyba się od niego czegoś nauczyłem…”

Szukacie DOBREGO amerykańskiego filmu? Here you are! No i Matthew bez koszuli w fabule rodem z Tomka Sawyera i porażającymi pięknem widoczkami Mississippi ładniejszej niż Wisła pod Sandomierzem.

Słoń

DOBRY film: Siostra twojej siostry

Your Sisters’ Sister

USA 2011

reż.  i  scen. Lynn Shelton

wyk. Emily Blunt, Rosemarie DeWitt, Mark Duplass

Zamyślony Duplass, wschód słońca i rower. Coś często gra on w obcisłej dżinsowej kurteczce…

Pamiętam, że przed wieloma miesiącami ktoś mi ten film polecił, mówiąc, że nie wie co o nim myśleć, ale że mi się chyba spodoba. Sęk w tym, że nie pamiętam kto. Podejrzenia padały na prawo i lewo, ale nikt nie przyznał się do winy. Współautor się wyparł. Przyjaciółka Gwendolina* stwierdziła, że to nie ona, ale jak zobaczyła w trailerze nazwisko odtwórcy głównej roli, to zareagowała tak samo jak ja (czyli wybuch niekontrolowanego chichotu).

„Siostra twojej siostry” to przykład filmu, który jest DOBRY pomimo tego, że po dłuższym lub krótszym zastanowieniu można dojść do wniosku, że fabuła zakrawa na telenowelę.

Postaram się bez większych spoilerów: W rok po śmierci swojego brata Jack (Duplass**) jest nadal rozbity i rozmemłany. Jego przyjaciółka, a zarazem była dziewczyna nieboszczyka, Iris (Blunt) wysyła go do weekendowej leśnej rezydencji jej ojca, by zaznał samotności i spróbował znaleźć spokój ducha. W posiadłości Jack zastaje pijącą po zakończeniu siedmioletniego związku siostrę Iris (DeWitt). Zaczynają pić… Rano niespodziewanie przyjeżdża druga siostra, a sprawy się komplikują***.

Jest to film uroczy, acz nie zawsze przyjemny. Jak większość sundanceowych filmów niezależnych jest śliczny. Jezioro, mgły, wschód słońca, Duplass o poranku itp. Świetnie dobrana muzyka. Jednak to nie uratowało „Nieulotnych” (poza Duplassem o poranku — nie można mieć wszystkiego). Co sprawiło, że zamiast ładnego ZŁEGO filmu mamy ładny film DOBRY? Naturalne dialogi i świetne aktorstwo. No i po prostu dobry sjużet. Jak na mumblecore przystało, wiele scen opierało się na improwizacji, co często kończy się katastrofą, a tu wychodzi raczej na dobrze i na śmieszne. Blunt i DeWitt świetnie grają siostry (przyrodnie — dlatego jedna rotyzuje /r/, a druga nie****), które się kochają, ale co jakiś czas się nienawidzą. Każdy, kto ma rodzeństwo chyba to przyzna. No i zdaje test Bechdel! Podoba mi się otwarte zakończenie, jednak mam dużo zastrzeżeń do trochę naciąganego rozwiązania konfliktu. Poza tym, dlaczego oni wszyscy co wieczór mają inne piżamy? Jak jadę gdzieś na weekend, to biorę jedną piżamę, a tu Emily Blunt ma co wieczór inne prześliczne flanelowe spodnie!

Po obejrzeniu mam trochę zastrzeżeń, ale podczas oglądania dałam się uwieść (magii kina, ma się rozumieć!). Pewnie nie wszystkim się spodoba, niektórzy mogą zasnąć, ale choćby dla trójki głownych aktorów i pięknych krajobrazów północno-zachodzniego wybrzeża USA warto zaryzykować, a nuż i Wam się spodoba.

Rybka

*Jest to oczywiście pseudonim. Sama wybrała.

**Dalej śmieszne…

*** Podejrzewam, że wielu naszych potencjalnych czytelników będzie zadowolonych. O jeden krok tu od kazirodztwa, a wg satystyk naszej strony codziennie trafia do nas przynajmniej jeden nieszczęśnik pragnący znaleźć film o kazirodztwie.

****Wybaczcie wtręt fonologiczny. Filolog ze mnie wychodzi…

DOBRY Film: Dziewczynka w Trampkach

Po co siedzieć w samochodzie/ lepszy rower - jeździć w (wiatru) chłodzie

Po co siedzieć w samochodzie/ lepszy rower – jeździć w (wiatru) chłodzie!

„Wadjda”

Arabia Saudyjska/Niemcy, 2012

reż. Haifaa Al-Mansour

wyk. Waad Mohammed, Reem Abdullah, Abdullrahman Al Gohani

Ileż ja się musiałem naczekać na ten film! No ale w końcu się udało i to – ku mojemu zaskoczeniu – ktoś mądry postanowił przybliżyć ten tyleż niezwykły, co po prostu DOBRY obraz publice nad Wisłą. Bardzo serdecznie za to dziękuję, bo nie musiałem kopać w otchłani sieci, ale kulturalnie mogłem przejść się do chłodnego kina.

W ogóle –  kino jest naprawdę dobrym pomysłem na ten skwar! No chyba, że padnie klima, tak jak to się często dzieje w krakowskich tramwajach. Zawsze pozostaje oczywiście rower, choć przeciskanie się w tym skwarze między smażącymi się na patelni asfaltu samochodami bywa… hm… uciążliwe? Wadjda – główna bohaterka filmu – nie ma jednak takich dylematów. Musi kupić rower i tyle.

Życie w krajach pierwszego świata, z wszystkimi wygodami i komfortami rodzi jednak paskudnie głupie problemy, jak choćby te związane z działaniem klimy w miejscach publicznych. Nie żebym zamienił się z saudyjskimi dziewczynkami, ale… wiecie o co chodzi;)

Zanim o tej upartej dziewoi w wieku 11 lat, najpierw słów parę o kulisach. Nie ukrywam, robię w tym przypadku duży wyjątek, gdyż film to film, a nie to, co się dzieje wokół niego dzieje. Ale trzeba przyznać: „Dziewczynka w trampkach” ma świetną prasę. Jest to pierwszy film nakręcony przez kobietę w całości w Arabii Saudyjskiej. Podobno powstawał aż 5 lat. No i fabuła – historia nastoletniej (no, to tak na wyrost, bo nastolatkiem to się podobno zostaje dopiero po skończeniu 13 lat) buntowniczki, która ostentacyjnie łazi w all-starach niesustannie badając granice cierpliwości ummy (arab. أمة, pol. społeczność muzułmańska). A że jeszcze chce jeździć na rowerze w Arabii Saudyjskiej, czyli jedynym kraju NA ŚWIECIE, gdzie kobiety nie mogą prowadzić samochodu (była taka jedna, co spróbowała), a zagraniczna turystka, która poszła na policję zgłosić gwałt została zatrzymana za posiadanie w hotelu alkoholu i seks przed ślubem? Pełna egzotyka z wątkiem muzułmańsko-feministycznym?

Nie. Zazaczam to wyraźnie, już na wstępie – „Dziewczynka w trampkach” nie popada w żadne schematy, uproszczenia i jednostronność. Jest to w sumie pogodna i świetnie opowiedziona historia dziejąca się w cholernie porąbanym – z naszej euroepejskiej perspektywy – kraju, z całym bogactwem elementów. Jako politolog, mogący za parę dni pochwalić się glejtem uzyskanego (miejmy nadzieję) tytułu magistra, kusi mnie niemało, by wysmażyć tutaj całe tło historyczne czy przytoczyć historię z mojego pobytu z Syrii, gdy jeden mały agent chcący mnie nawrócić na islam jednocześnie zastrzegł, żebym niegdy w życiu nie jechał do Arabii Saudyjskiej, bo jest tam hardkorowo. Z całą mocą powstrzymuję się, ale jednocześnie usprawiedliwiam – w tej prostej historii osadzonej w Rijadzie jest tyle wątków i historii, że aż ciężko to zliczyć. Część z nich jest jedynie subtelnie zaznaczona. I choć rejestrujemy je, to nie mamy poczucia przesycenia, bo cała fabuła jest naprwdę bardzo sprawnie poprowadzona, z suspensami, momentami dramatycznymi i radosnymi i doskonałą, acz nieinwazyjną muzyką w tle.

Motywem przewodnim jest próba realizacja marzeń przez Wadjdę. Mission: „Kupić rower” jest o tyle impossible, że nie dość, że „dziewczyny nie jeżdżą na rowerze”, to jeszcze za wehikuł trzeba trochę zabulić. Jedno trochę wynika z drugiego, bo choć rodzina nie klepie biedy, to argumenty teologiczno-moralne wspierają te ekonomiczne. W końcu zawsze są ważniejsze wydatki.

Wadjda jest cwaniarą jakich mało, dlatego tu sprzedaje jakieś bransoletki, tam pobierze podwójną opłatę za fatygę. Tak więc grosik do grosika… Jednak jest tego za mało. Tymczasem nadarza się super okazja – konkurs recytacji Koranu. Nagroda do zgarnięcia w zupełności wystarcza na rowerek, no ale Wadjda – delikatnie rzecz ujmując – ma do tego, jak na saudyjskie standardy, dość olewczy stosunek. Trzeba jednak zagryźć zęby, bo taka okazja może się nie nadarzyć prędko.

Film ten z łatwością mógł popaść w mniej lub bardziej delikatne ukazywanie absurdów tamtej kultury. Na szczęście udało się tego uniknąć. Co więcej reżyserka niezwykle zręcznie miesza wątki komediowe z poważnymi, dzięki czemu cały obraz nabiera niezwykłego autentyzmu, za którym tak często tęskni widz polskiego kna. Jest bardzo przekonujący, bo z całą gamą barw pokazuje życie, które składa się zarówno z trosk jak i radości. Przy okazji, film jest naprawdę śmieszny! Ma się wręcz czasami wrażenie, że puszczane jest oko do Zachodniego widza, który nieobeznany z realiami wahabickiej Arabii Saudyjskiej czuje się dosyć skonsternowany tamtejszymi ultrakonserwatywnymi obyczajami. Proszę przykład: Wadjda wywraca się na rowerze, krzyczy z bólu po czym następuje taka wymiana z przybiegającą na pomoc mamą:

– Aaa, mamo! Krew!

– Wadjda! Co… Co z Twoim dziewictwem?!

– Mamo! Z kolana!

Czyż nie urocze? Cała sala miała niemałą radość. Z drugiej strony, mamy niezwykle poruszającą scenę recytowania Koranu. Uwierzcie mi – ciarki przechodzą. Nie chcę Wam za bardzo psuć zabawy, idżcie i zobaczcie, ale jak dla mnie ta scena to absolutny majstersztyk, czyniący z „Dziewczynki w trampkach” naprawdę DOBRY film. Z jednej strony jest to świetna pod względem arystycznym scena – po prostu rozpłynąć się można słuchając melodyjnego i przejmującego śpiewu 11-latki. Z drugiej strony wyrywa nas z – jak mi się wydaje – mogącego pojawić się w nas podczas seansu poczucia, że ten społeczny porządek oparty na religii i patriarchacie jest kompletnie bezsensowny i szkodliwy dla chcących się emancypować jednostek. Może i dla nas, postkapitalistycznych demoliberałów taki  jest, ale ten moment dobitnie ukazuje, jak istotnym punktem odniesienia dla Wadjdy jest religia. Jej bunt ma charakter w dużej mierze ograniczony, co wynika nie tyle z wieku, co przekonania o słuszności na pewnym poziomie zasad, które rządzą jej światem.

W „Dziewczyce w trampkach” mamy całe spectrum postaci, postaw i zachowań. Wątek koraniczno-rowerowy, idzie w parze z problemami zawodowymi i emocjonalnymi matki; tajemnicą pani nauczycielki, którą odwiedza nocą ‚złodziej’; a nawet wielką polityką. To, jak te wszystkie skomplikowane historie zostały przedstawione, odzwierciedlając niezmierne bogactwo życia w tej konkretnej kulturze o konkretnym czasie w ramach prostej, ale cholernie wciągającej historii jednej uparciuchy, która sobie ubzdurała, że musi mieć rower, zasługuje na najwyższą ocenę na tym blogu.

Czyli DOBRĄ.

Słoń

P.S. Wam też się łezka w oku kręciła pod koniec filmu? Nie jest to urocze?

DOBRY film: Na własne ryzyko

Fot. someshitwelike.com

Fot. someshitwelike.com

Safety Not Guaranteed

USA 2012

reż. Colin Trevorrov, scen. Derek Connolly

wyk. Aubrey Plaza, Mark Duplass. Jake Johnson

Zawsze chciałam strzelać do butelek w lesie gdy z tranzystora słychać syreny policyjne. Serio, serio.

Było zimno, padało, bolało mnie gardło, katar zablokował nos. Jedyne co byłam w stanie zrobić, to zaparzyć herbatę (od razu cały dzbanek), puścić film i rozwalić się w fotelu i — dosłownie, nie metaforycznie — wyciągnąć nogi. Wiedziałam, że jeśli puszczę DVD z jakimś serialem, to nie spocznę dopóki nie obejrzę jej całej, aż boharerka nie wygra wyborów, aż Ross powie nie to imię przy ołtarzu, aż nie okaże się, że każdy w otoczeniu bohatera jest szpiegiem lub póki nie zaryczę się z powodu śmierci mojej ulubionej pani prokurator. Przypomniałam sobie o filmie, który chciałam obejrzeć właśnie ze względu na aktorów, których znam z seriali: Aubery Plaza (cudownie cyniczna April z Parks and Rec.), Jake Johnson (Ciapa Nick z New Girl) i Mark Duplass* (rozwiązły położnik-szarlatan z The Mindy Project). Ten ostatni jest znany głównie jako aktororeżyseroproducent filmów niezależnych (głównie DOBRYCH), choć zagrał i w „Wrogu nr. 1” .

Ta kurtka. Ta fryzura. A to auto to DeLorean. Cały Kenneth nie do końca wrócił z przeszłości. |fot. impassioned.cinema.wordpress.com

Ta kurtka. Ta fryzura. A to auto to DeLorean. Cały Kenneth nie do końca wrócił z przeszłości. |fot. impassioned.cinema.wordpress.com

„Safety not guaranteed” był strzałem w dziesiątkę: było śmiesznie, było smutno, było dziwnie, było ładnie. Przede wszystkim jednak było uroczo. Jak pochwaliłam się Współautorowi, że to widziałam, okazało się, że i on widział był i podziela moją opinię na jego temat. Że go zacytuję: „Zdecydowanie [uroczy]!”.  Co w nim jest takiego (w filmie, nie Współautorze)?

Jest to chyba pierwszy film nakręcony na podstawie ogłoszenia drobnego z gazety. W 1997 roku w Backwoods Home Magazine ukazało się drobne ogłoszenie, że ktoś potrzebuje towarzysza do podróży w czasie, że trzeba wziąć własną broń i że jedzie się na własne ryzyko. „Safety not guaranteed” wychodzi od tego anonsu i pokazuje co by było, gdyby to nie był żart redakcji. Krótko o fabule. Cudownie niedopasowana społecznie Darius**(Plaza) jedzie jako jedno ze stażystów „pomagać” Nickowi Jeffowi (Johnson) w pisaniu artykułu o autorze tego ogłoszenia (Duplass). Czy jest on oszustem? Żartownisiem? Wariatem? A może naprawdę wierzy, że może się cofnąć w czasie? W rękach niejednego twórcy filmów wakacyjnych mógłby z tego wyjść gniot. Trevorrov i Connolly zrobili coś uroczego. Dodatkowo mamy dużo LASU, odniesienia do Star Wars i cierpki humor — czyli coś, co Rybki lubią najbardziej.

Film ma dużo wspólnego z podgatunkiem fimów niezależnych „mumblecore — w końcu Duplass*** to jedno z głównych nazwisk kojarzonych z tym nurtem. Choć w porównaniu ze stereotypowymi „mumblecorami” jest więcej akcji, jednak łączy je z nimi skupienie się na bohaterach. Ważniejsze od akcji są postacie oraz powody, dla których każda z nich chce się cofnąć w przeszłość (czy to za pomocą maszyny, czy za pomocą bardziej tradycyjnych metod).

Twórcy dobrze rozplanowali budżet. Choć jak na kino niezależne, nie był on całkiem mały ($750 000 — niedługo recenzja filmu za $125 000), ale i tak nic to w porównaniu z dużymi produkcjami****. Nie widać jednak małego budżetu. Piękne ujęcia, dobrzy aktorzy, śliczne krajobrazy stanu Waszyngton, dobre światło. A niskobudżetowy film o podróży w czasie mógłby wyglądać ko(s)micznie…

Dużą zaletą tego filmu jest to, że wymyka się klasyfikacji. Do ostatniej sceny nie wiadomo czy to film sci-fi, czy komediodramat , czy film psychologiczny, czy rom-com, czy trochę tego, trochę tamtego. Podoba mi się, że to jak niektóre wątki (niekoniecznie) domykają się tak jak się spodziewałam. Nie przytłaczają dominującce w wielu filmach o podróżach w czasie moralno-filozoficzno-fizyczne -rozważania  typu „czy będziemy mogli się zobaczyć w przeszłości?”, „co tu jest prawdziwe?” itp. Jest kilka nieścisłości i niedopracowań w tej dziedzinie (a może niektóre rzeczy są przemilczane bo są nieznane?), ale podczas oglądania filmu naprawdę nie zwraca się na to uwagi, historie poszczególnych bohaterów — zwłaszcza dwóch głównych — zbytnio wciągają. Zarówno ja, jak i Współautor jesteśmy lekko zawiedzeni zakończeniem. Nie chcę spojlerować — w sumie nie jest ZŁE — ale coś jest nie tak. Może pewne rzeczy lepiej, by pozostawały niepewne?

Tak czy siak polecam. Jest to dobry film na oglądanie w zdrowiu i chorobie, a zwłaszcza, gdy na zewnątrz szaro i smutno. Przyznam się, że oglądałam już ten film kilka razy, choć przewijałam przez wątek Nicka Jeffa, bo wkurza mnie gość ,  a najciekawszy i najbardziej uroczy jest wątek główny.

Rybka

*Bardzo go lubię, ale nie dojrzałam jeszcze na tyle, by się nie zaśmiać z tego nazwiska…

**Tylko dlaczego ma męskie  imię? Czyżby się bali, że gdyby nazwali ją Daria to MTV by ich pozwało?

***Dalej się śmieję.

**** „Wielki Gatsby” pochłonął ok. $ 105 000 000, w tym dużo poszło na jedwabne piżamy. Czasem odzywa się we mnie marksistowska ascetka i czuję się zgorszona szastaniem dolarami.

Czy mieszkanie zawalone starą elektroniką to znak, że ktoś buduje maszynę do podróży w czasie? Jeśli tak, to kilku członków rodziny Współautorki coś takiego knuje…

DOBRY film: Mister Lonely

Mister Lonely

Wielka Brytania, Francja, Irlandia, USA 2007

reż. Harmony Korine

wyk. Diego Luna, Samanta Morton, Denis Lavant, Walter Herzog

Film ten poleciła Czytelniczka Pola. Ufam Czytelniczce Poli, gdyż mamy podobny gust muzyczny i filmowy, ale nie spodziewałam się czegoś takiego.

Jest to film bardzo dziwny.

Główny wątek stanowi historia młodego sobowtóra Michaela Jordana (impersonatora? Jak to się po Polsku nazywa?), który poznaje na jednym z występów „Marlyn Monroe” i jedzie do z nią do Szkocji, do swego rodzaju komuny sobowtórów, prowadzonej przez „Merlyn” i jej męża „Charliego Chaplina” . Spotkamy tam też między innymi cudownie przeklinającego na traktorze”Abrahama Lincolna”, „Królową Elżbietę”, „Papieża” (raczej chodzi o Benedykta), „Madonnę” i córkę „Merlyn” i „Chaplina” — małą „Shirley Temple”. W tej komunie „Michael” po raz pierwszy jest „wśród swoich”, choć nikt tam przecież nie jest sobą — ani nie wie kim jest. Należy pamiętać, że Michael Jackson zmarł dopiero dwa lata po nakręceniu „Mister Lonely’ego”. To, że „pierwowzór-celebryta” głównego bohatera jeszcze żyje i nie wiadomo co z nim będzie to bardzo ważny element historii.

Mniejszy wątek, to wątek latających zakonnic i księdza – Waltera Herzoga który ma im towarzyszyć w drodze z misji w Afryce do Watykanu.

Już z samego zarysu fabuły można się domyśleć, że jedną  z cech tego filmu jest dziwaczność. Korine stąpa po grząskim gruncie — mało brakowało, a film ten byłby kolejnym przykładem przeintelektualizowanego, przeestetyzowanego kiczu  — jak to  się stało w przypadku „Po drugiej stronie snu„. Choć chwilami lekko przesadza (gadające pisanki, serio?), całość jest tak zgrabnie złożona, tak pięknie nakręcona, tak dobrze zagrana i z tak cudownie dobraną muzyką*, że widz (przynajmnej ten) daje się wciągnąć w magiczną atmosferę tego filmu i z radością kupuje wszechpanującą „dziwaczność”.

Tak jak Daly w „Po drugiej stronie snu”, Korine przygląda się uczuciu samotniości, niezrozumienia, „inności”. Jednak w przeciwieństwie do „Snu”, „Mister Lonely” nie traktuje się zbyt poważnie. Jest tu połączenie subtelnego komizmu i pewien tragiczny optymizm. Nie jest to film, któryspodoba się każdemu, ale posiada on pewien specyficzny, dziwaczny urok.

Rybka

*Chyba to przez to dogranie muzyki i koloru do atmosfery kolejnych scen ten film jest nie tylko ŁADNY ale i DOBRY.

Wiem, wiem, że to dużo zdjęć! Ale to taki ŁADNY film, że nie mogłam się powstrzymać. A to ujęcie jest urocze.

ZŁY FILM: Po drugiej stronie snu

The other side of sleep

Irlandia, Holandia, Węgry 2011

reż. Rebecca Daly

wyk. Antonia Campbell-Hughes, Sam Keeley

Było ciemno, zimno,  burza, ulewa. Mieliśmy iść pod Barany na „Drugie Oblicze” (w końcu Gosling dobry na każdą pogodę…), ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych nie dotarliśmy na czas, więc wybraliśmy się (mokrzy) do ARSu. A tam zamiast „Drugiego oblicza” „Po drugiej stronie snu*”. Chwilę zastanawialiśmy się co wybrać — ale  nie mieliśmy większego wyboru. Z jakiegoś dziwnego powodu właściwie żaden seans nie zaczyna się pomiędzy 19:10 a 21:00. A lało, więc uznaliśmy, że wybierzemy się na film Rebeki Daly, zwłaszcza, że Współautora zaintrygował plakat. Nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak zbliżymy się do tytułowego snu…

Wszystko zaczyna się w lesie. Ten las to najlepsza część tego filmu. Nie ma to jak drzewa, śpiew ptaków, dywan z mchu. Na nim leżą dwie biało odziane irlandzkie dziewki. Jedna nie żyje, druga się budzi i za diabła nie wie co się stało. Mimo obiecującego początku, film (który mógłby być ciekawy, zwłaszcza gdyby był krótszy) wpada w pułapkę w którą wpada wiele filmów niezależnych** — próbuje oddać nudę i bezsens życia tak dobrze, że sam staje się nudny i bezsensowny.  Jest mycie zębów, jest wpatrywanie się w szybę z tępą miną, jest pijąca młodzież bez perspektyw. Klisze, klisze, klisze.  Co miało być głębokie, wyszło wtórne. Większość kadrów przedstawia cierpiętniczą minę bohaterki, albo tył głowy mytej pod kranem (jakiś product placement, czy co?). Główne dźwięki to jęki, płacz i dyszenie. Ale dla mnie jako anglistki była uciecha, bo jeśli ktoś mówił to słodkim irlandzkim akcentem.

Niestety, napięcie zbudowane w pierwszych dwudziestu minutach prędko ulatnia się, do tego stopnia, że jeszcze przed połową filmu Współautor zasnął i spał dość długo, aż nie obudził go trzask tłuczonych talerzy (który, zdaje się, wybudził większą część widowni). Ja nie zasnęłam tylko dlatego, że byłam po trzech kawach i — olaboga! — dlatego to ja piszę tę recenzję.

Ten film byłby lepszy, gdyby był krótkometrażowy.  Wszystko, co trzeba o nim wiedzieć jest w trailerze (jest tam też moja ulubiona scena — ciągnięcie za nogę  martwej kozy przez pastwisko nocą).

Rybka

*OK — to trochę moja wina, bo to ja sprawdzałam repertuar i byłam pewna, że w ARSie o 19.20 grali to z Goslingiem — każdy może się pomylić! Te tytuły są podobne!

**Wbrew pozorom bardzo lubię kino niezależne. Wolę niskobudżetowe produkcje — już niedługo dwie recenzje DOBRYCH filmów „indie”, a w jednym też się nic właściwie nie dzieje…

Dobry Film: Imagine

imagine

„Imagine”

Francja, Polska, Portugalia, Wielka Brytania, 2013

reż.  Andrzej Jakimowski

wyk. Edward Hogg, Alexandra Maria Lara

„Imagine it. Then you’ll see it”

IanStod

Cholera, chyba się starzeję. Stałem jak głupi przed wejściem do kina i gapiłem się na repertuar. Był piękny wiosenny wieczór (tak, mieliśmy takie tego roku), kończyłem jeść lody bakaliowe od Sycylijczyka i czekałem na jakiś znak od niebios, bo nijak nie potrafiłem podjąć decyzji na co iść. Byłem sam, tak że nawet nie mogłem na nikogo zcedować odpowiedzialności za podjęcie decyzji. Do wyboru był film o zakochanych niewidomych alboszwedzkich lesbijkach w ramach festiwalu „O miłości między innymi”. I – naprawdę, chyba się starzeję – ku swojemu zaskoczeniu poszedłem na… zakochanych niewidomych.

Reżyser „Imagine” znany jest nam ze „Sztuczek”. Dobry i ładny film, ale go nie widziałem. (Tak, nie wstydzę się tego, chcecie normalne recenzje filmowe kupcie se „Film”, tutaj mamy inne atrakcje i nie mniej erudycyjne wywody, choć mniej piszemy o posthumanizmie, antropologii strukturalnej i egzystencjonalizmie). Urzekł mnie jednak plakat do tego filmu.

Plakat_B1_Imagine

On, Ona i błękit nieba. I taki jest ten film. Kamera koncentruje się przede wszystkim na naszych bohaterach. Przestrzeń pokazana jest w absolutnie minimalny i konieczny do zrozumienia filmu sposób. Kiedy bohaterowie dyskutują o tym co się dookoła dzieje, nie jesteśmy postawieni jako widzowie w roli cwaniackich wszechwiedzących, którzy widzą i mogą natychmiast rozsądzić spór o to, czy ulicą idzie kobieta czy mężczyzna, albo czy z kawiarni widać ogromny statek stojący w porcie. Fakt, niekiedy wiemy ciut więcej, ale jednak udało się reżyserowi osiągnąć niezwykle trudny do osiągnięcia kompromis między oddaniem rzeczywistości, w jakiej żyją nasi bohaterowie, a komfortem oglądania filmu. Choć są oczywiście i tak radosne filmy jak „Liban” z 2009 r., gdzie przez cały czas siedziemy w czołgu i widzimy tyle co te izraelskie Gustliki.

Fajnie było się przejść na „Imagine” po „Stokerze„. Oba dzieła bazują w dużej mierze na doznaniach słuchowych. O ile jednak w thrillerze Park Chan-wooka dźwięk budował napięcie, tak u Jakimowskiego pełni zupełnie inną rolę – wprowadza nas właśnie w ten niedostępny widzącym świat osób niewidomych. Jest to absolutnie fantastyczne dla oglądającego doświadczenie, gdy ma naprawdę to głębokie poczucie jedności między światem widzianym i słyszanym.

Żeby było jasne – nie jest to jedynie film o walce ze swoją ułomnością. Cała fabuła i sposób obrazowania jest podporządkowany właśnie tej perspektywie, ale jest to historia o wiele bardziej ogólna, uniwersalna. Mamy miłość i pytanie o to, na ile można pobajerować (czytaj – pooszukiwać) kobietę, by ją zdobyć. Mamy relację uczeń-mistrz i kwestię zaufania, budowania autorytetu, odpowiedzialności za wykształcenie i rozwój podopiecznego. Wątków w  „Imagine” jest trochę, wszystkie są zbalansowane, sensownie poukładane i logicznie z siebie wypływają. Mamy intrygę i zagwozdkę niemal do końca filmu, czy stosujący nowatorskie metody nauczyciel niewidomych Ian (Edward Hogg) jest naprawdę tak dobry, jak się wydaje, czy jedynie zaczarowuje rzeczywistość, żeby tchnąć w młodych podopiecznych wiarę w swoje możliwości. No i wątek miłosny… Ale to już zapraszam do kin.

DOBRY film. Szczególnie na tę paskudną pogodę. Akcja toczy się w końcu w słonecznej Portugalii, świeci słońce, zero deszczu, czyli tak, jak będzie będzie u nas w całym kraju (z wyjątkiem morza) już za parę dni.

Słoń

Dobry Film: Polowanie

Kiedy łowca staje się ofiarą... Mad Mads szaleje.

Kiedy łowca staje się ofiarą… Mad Mads szaleje.

Jagten

Dania, 2012

Thomas Vinterberg

wyk. Mads Mikkelsen, Thomas Bo Larsen

Kiedyś gdzieś („Rolling Stone”) przeczytałem wywiad z twórcami South Parka. Pytanie dotyczyło tego, jaka tak naprawdę idea stoi za satyrą, która mieli w drobny mak wszystko – od Jana Pawła II do rudych. Odpowiedź była bardzo prosta i była mniej więcej taka: „Cóż, chcieliśmy pokazać, że wszystkie dzieciaki to tak naprawdę nieziemskie skurwysyny”.

Właśnie ten wywiad przypomniał mi się jak coraz bardziej się wciągałem w najnowszy film Vinterberga, na który polowałem (hehe) już od miesiąca. Otóż Klara zakochuje się w Lucasie (Mads Mikkelsen). Ten nie za bardzo ma ochotę odwdzięczyć uczucie uroczej blondynczki, z resztą nie ma co mu się dziwić – Lucas akurat romansuje z jedną z koleżanek z pracy, która okazuje się być Polką, ale o tym polski widz dowie się dopiero jak nasza rodaczka się zirytuje (tak, lepiej oglądać film bez lektora). Klara czuje się odrzucona, więc ze złości postanawia rzucić na poczciwego Lucasa dość poważne oskarżenie, jakoby miałaby między nimi istnieć jakaś forma erotycznej relacji. Cóż, nic by nie było w tym dziwnego, gdyby nie fakt, że Klara ma… 7 lat.

No i zaczyna się cała historia. Lucas ma nieposzlakowaną opinię, Klara jest córą jego najlepszego przyjaciela (Thomas Bo Larsen), są procedury, śledztwo i przesłuchania, więc nie ma opcji, na pewno się wszystko wyjaśni, jednak coś w pewnym momencie wymyka się spod kontroli. Może w wyniku niedomówień, może z braku odwagi mieszkańców miasteczka, w każdym razie zaczyna się polowanie. I to takie najbardziej przerażające. Nie to z kategorii „zabili go i uciekł”, gdzie trzeba trochę pobiegać, powybuchać i pozabijać, by oczyścić się z zarzutów i udowodnić spisek FBI i Al-Kaidy. Nie, wrogiem nie są jednoski, ale społeczeństwo. I – co przeraża – nie mamy tutaj siedzących w swoich małych wyizolowanych domowych światkach zimnych Skandynawów, ale zintegrowaną małą społeczność, która – jak się wydaje – doskonale się zna i nie ma miejsca na takie barbarzyństwa.

Pamięć i wyobraźnia społeczna jest irracjonalna, odporna na argumenty – każdy wie swoje, ale egzekutorem nie jest jeden, realnie istniejący kat, ale bezosobowy, gęstniejący nastrój społeczny. Nikt nie jest winny, ale tu kamyk w okno, tam głowa konika do łóżka… A Lucas dramatycznie walczy o prawdę.

Skąd to znamy, pewnie, motyw stary jak świat – studium społecznej psychozy. Wystarczy wspomnieć doskonałe „Dogville” von Triera, gdzie jeszcze nienabotoksowana Nicole Kidman wpada w piekło małej wioseczki, której właściwie… nie ma (kto widział, wie, że piję do jakże bogatej scenografii filmu). Z resztą panowie von Trier i Vindenberg się znają, razem podpisywali w 1995 r. słynny manifest mający na celu uzdrowić światową kinematografię, czyli DOGMĘ 95. A skoro już jesteśmy przy plotkach, to dodajmy jeszcze, że reżyser jest kumplem Larsa Ulricha z Metallici, nakręcił im nawet klip do piosenki, słabej jak barszcz, no ale ja Metę to skończyłem ogarniać na Master of Puppets.

Jednak pomimo dość wyświechtanej tematyki, mam wrażenie, że film dużo wnosi do rzeczy. Mamy i męską przyjaźń, i – no jakby na to nie patrzeć – miłość, i trochę skandynawskiego oszołomstwa. Nie, dobra, z tym ostatnim to żarcik, ale dobrze wiedzieć, że nawet w tak idealnym społeczeństwe, z cywilizacyjnym superego, jaki Polska osiągnie w okolicach 2567 r., nie wszystko jest idealne. (Zainteresowanym polecam „Higienistów” M. Zaremby-Bielawskiego!)

Mads Mikkelsen… w końcu gra normalnego faceta. I ma okulary! Po księdzu-psychopacie („Jabłka Adama”), szalonym wikinku-psychopacie, który dopływa do Ameryki przed Asteriksem („Valhalla Rising”), psychiatrze-psychopacie („Hannibal”, ale serial, nie film!) mordercy najfajniejszej laski Bonda (PO Ursuli Anders) czyli Vesper Lynd (Le Chiffre w „Casino Royal”, Eva Green – kocham!) byłem naprawdę ciekaw jak Mad Mads odnajdzie się w jakiejś z życia wziętej roli. I naprawdę daje radę.

Zakończenie – chyba… rozczarowuje. Ale to tylko pierwsze wrażenie. Po namyśle stwierdzam, że jednak jest bardzo dobre. Wymowne. Metaforyczne. I chyba tak trzeba je odczytywać. Są krzywdy, które nawet pomimo przebaczenia bolą jeszcze bardzo długo… A może oznacza to jedynie, że nie było mowy o prawdziwym przebaczeniu? A może… to jest ten moment, który czyni ten film naprawdę DOBRYM? I nie trzeba już dodawać, że „fabuła jest jaka jest, ale idźcie zobaczyć Madsa w okularach i świetne widoczki duńskiej jesieni i zimy”.

Słoń

P.S. A dla tych, którzy szukają DOBREGO filmu poruszającego problem pedofilii polecam austriackiego „Michaela”. Wcina.