Crebinsky: DOBRY film

creb1

Crebinsky

Hiszpania, 2011

reż. Enrique Otero

 wyk. Miguel De Lira, Sergio Zearreta

Kolejny rozdział księgi pt.”Szalone perypetie z drugą woją światową w tle”. Zatem nastawcie się na wielką intrygę, gdzie nie wiadomo kto, kogo i po co ściga;  główni adwersarze – Amerykanie i Niemcy – angażują radośnie wielkie środki goniąc – jak im się wydaje – strategicznie ważnego króliczka, który okazuje się być zagubioną przez dwuch wieśniaków krową. Wieśniacy oczywiście nie są pierwszymi lepszymi pastuchami, ale dwoma sierotami po matce Hiszpance (czy jakiejś tam nadmorskiej nacjonalistycznie nastawionej kastylijsko-baskijsko-andaluzyjsko-bądź-katalońskiej mniejszości, która chce opuścić Hiszpanię, ale tego nie zrobi, bo już widzę jak Madryt wpuszcza do UE separatystyczną republikę, która się wymigała od płacenia do wspólnej, acz poważnie nadwątlonej kryzysem kasy) i ojcu czerwonoarmiście, którzy zginęli w raczej komicznych okolicznościach. Gdyby Vladimir był postacią autentyczną na pewno zgarnąłby Nagrodę Darwina.

Jest właściwie wszystko. Kretyńska intryga – nie grzeszący intelektem wieśniacy gonią za ukochaną krową, a śledzący ich Niemcy są pewni, że nasi bohaterowie mają coś wspólnego z zaginięciem jednego z ich spadochroniarzy. No, mają, ale nie tak dużo, jak chcieliby tego Deutsche. W tle są jeszcze Amerykanie*, którzy ni to chcą zrobić desant, ni nie (uch, tak się chyba nie pisze po polsku…) ale mają poważne problemy z rozeznaniem terenu. Oprócz tego jest miłosna historia, podróż do źródeł i klamrowe zakończenie.

(jeszcze) szczęśliwa rosyjsko-hiszpańska rodzinka. W tle główna sprawczyni całej awantury.
                  (jeszcze) szczęśliwa rosyjsko-hiszpańska rodzinka. W tle główna sprawczyni całej awantury.

Brzmi to wszystko całkiem ładnie, ale powiedzmy sobie szczerze – humor jest jednak ciut przyciężkawy, brak filmowi polotu i lekkości, charakterystycznego dla tej konwencji. Niemniej, film jest DOBRY i tyle.

Więcej na tegorocznym Tygodniu Kina Hiszpańskiego nie wiedziałem, żałuję, że nie było w ofercie czegoś tak odjechanego jak zeszłoroczne Finisterrae – kataloński surreal o dwóch rosyjskojęzycznych duchach przemierzających szlak św. Jakuba z fińskim punkiem w tle. Może „Po co komu niedźwiedź?” był tym filmem, ale nie miałem akurat wolnego wieczoru, by się pofatygować do kina.

Wiem – jestem kijowym recenzentem filmowym.

Słoń

*Przypis Rybki: Ci Amerykanie są grani przez Hiszpanów i mówią po angielsku siląc się na amerykański akcent. Jednak anglistki nie oszukasz: zdradziły ich samogłoski oraz mylenie „v” z „b”!

Starsza pani znika: (bardzo) DOBRY film

„The Lady Vanishes”

Wielka Brytania 1938

reż. Alfred Hitchcock

Margaret Lockwood, Dame May Whitty, Michael Redgrave

(Postanowiliśmy wprowadzić nową kategorię na naszej stronie: „formative films”. Zamierzamy pisać tu o filmach, zarówno tych ZŁYCH jak i DOBRYCH, które od naszych pacholęcych lat kształtowały lub spaczały nam psychikę, które z przeróżnych powodów miały na nas wielki wpływ. Będą to filmy, do których wracamy często, oraz takie, które miały na nas tak dramatyczny wpływ, że już nie jesteśmy w stanie ich oglądać…)

Skoro Hitchcock w kinach, rozpoczynamy naszą nową serię filmem samego Sir Alfreda, „The Lady Vanishes” (1938). Film ten jest już w public domain, można go obejrzeć lub ściągnąć tu. Ja kupiłam płytkę DVD o znacznie lepszej jakości za jakieś 8zł.

Wróciłam dziś do domu po obejrzeniu ZŁEGO kryminału, którego tytułu nawet nie pamiętam. Nie zamierzam sięnad nim rozwodzić, za niedługo wyzłośliwiać się będzie na jego temat Słoń, ale miałam niedobór DOBREGO dreszczowca. Zaparzyłam herbatę, zrobiłam sobie grzanki, wsadziłam do odtwarzacza* DVD ze „Starszą panią…” i życie nabrało sensu.

Nie chcę Was wprowadzać w błąd twierdząc, że ten „wczesny Hitchcock” to thriller. JEST tu i thriller, i komedia sytuacyjna, film szpiegowski, film akcji  i elementy komedii romantycznej. Są wspaniałe dialogi i bon moty („I never think you should judge any country by its politics. After all, we English are quite honest by nature, aren’t we?„), a mimo pozornie rozwlekłego początku (główną bohaterkę poznajemy w piętnastej minucie filmu, bohatera w dwudziestej). wszystkie detale mają znaczenie i budowane jest w końcu takie napięcie, że dla mnie, któram ten film widziała tyle razy, że brakuje mi do wyliczenia wszystkich palców (i rąk i stóp), staje się chwilami nie do wytrzymania i, jeśli oglądam ten film „na wieczór” to przewijam bo nie mogę tego znieść, a potem się cofam, bo nie chcę tego stracić i potem boję się zasnąć**.

Akcja rozpoczyna się w alpejskim pensjonacie w nieistniejącym środkowoeuropejskim państwie o nazwie „Bandrika”. Taka niby-Austria, niby-zitalianizowani-Słowianie, czyli, powiedzmy Słowenia. Sytuacja polityczna nieciekawa, Anglicy wracają do domu. Nawet spokojne miasteczko , mimo licznych grajków i rozchichotanych angielskich panien i ogólnej „lekkości” dziejących się tam scen, kryje w sobie ciemne tajemnice… Zwróćcie specjalną uwagęna muzykę. Poza wszystkim innym, bohater Redgrave’a bada folklor bandrikański, a refren tamtejszej chłopskiej pieśni weselnej do złudzenia brzmi jak…Mazurek Dąbrowskiego! Czyżby Polski akcent? W końcu w filmie jest mowa o „tajnym pakcie pomiędzy dwoma europejskimi państwami”! Tylko skąd, do licha, Hitchcock miałby wiedzieć o prawdziwym pakcie w 1938 roku? Węszę konspirację! 😀 Jak bohaterowie wchodzą do pociągu napięcie rośnie, pozornie opadając co jakiś czas, a bohaterowie, nawet ci, którzy dotychczas byli postaciami wyłącznie komicznymi muszą odnaleźć się w jakże „nieangielskich” klimatach, choć film nigdy nie traci uroczego humoru i „przymrużenia oka”.

Pierwszy raz ten film widziałam w trzeciej klasie podstawówki. Od tego czasu widziałam go wielokrotnie.Mimo, że pochodzi sprzed II wojny światowej, nigdy się dla mnie nie zestarzał. To ja rosłam z nim. Dzięki swojemu mistrzowskiemu pomieszaniu śmiesznego ze strasznym będzie dalej śmieszył i trzymał w napięciu za kolejne siedemdziesiąt pięć lat*.

Rybka

*Who are we kidding, płytka już od dawna tam była…

**Może troszeczkę przesadziłam, ale kiedy pozornie nic się nie dzieje, ale jest i tak strasznie i nie wiadomo co będzie, kto wariuje, a kto nie, i co się właściwie stało, co będzie, kto przeżyje, kto nie… to jest stresujące, nie śmiejcie się ze mnie…

***Warto zauważyć, że mimo swego wieku, film ten zdaje (znacznie lepiej niż wiele nowych filmów) test Bechdel.

Jak moja recenzja Was nie przekona do obejrzenia tego filmu, to może skuszą Was te króliki.

Triszna. Pragnienie Miłości: DOBRY FILM

triszna

„Triszna. Pragnienie miłości”

Wielka Brytania, 2011

reż. Michael Winterbottom

Freida Pinto, Riz Ahmed

Trochę dziwna sprawa z recenzją tego filmu się zrobiła, może nawet niezręczna, komplikująca całą sprawę bardziej niż zwykle. Ot, książkę, na podstawie której powstał ten obraz czytała… współautorka tego bloga (że zacytuję: „Tess of the d’Urbervilles” była najweselszą i najoptymistyczniejszą książką z mojej listy lektur na literaturę brytyjską 1800-1940 na drugim roku*), której się pochwaliłem, na jaki to film się samotnie wybrałem.

Czy to dobrze, czy źle? Ja uważam, że dobrze. Fan książki zawsze postrzega film przez pryzmat pierwowzoru literackiego. Opętani tolkienowską manią liczą guziki w kufajce hobbitów, a kolega – fan Paktofoniki – zrzymał się podczas oglądania „Jesteś Bogiem”, że Magik mieszkał na dziewiątym, a nie dziesiątym piętrze. (Czy na odwrót.) Film, jego DOBRO i ZŁO schodzi na drugi plan w obliczu konfrontacji z książką. Nie zakładam oczywiście, że Ryba trułaby cały seans o zbrodni dokonanej na szlachetnym utworze, a recenzja zdominowana byłaby wyliczanką, gdzie i jak film odbiega od książki**. W tym przypadku ignorancja gra na korzyść recenzenta.

Los jednak zechciał, że to ja – wolny od obrazów w mojej głowie, jakie stworzyłaby lektura książki – wybrałem się na projekcję nowego-starego filmu Michaela Winterbottoma. Nowego – bo film teraz wszedł do polskich kin, starego – bo ma już dwa lata.

Z tego co się zorientowałem, Winterbottom dosyć lekko podszedł do tematyki, ograniczając liczbę bohaterek*** (z dwóch do jednej) i przenosząc akcję do… Indii. Wyszedł z tego może nieco przydługawy, ale jednak frapujący case-study związku młodego, bogatego chłopca z wiejską, biedną dziewczyną. Zaczyna się, ot jak w porządnym love-story: on z kumplami jest na wakacjach w Radżastanie (domyslamy się, że to jakiś egzotyczny koniec świata), przechadzając się po świątyni łapie ją wzrokiem, potem spotyka na party w hotelu, choć musi wrócić do hotelu ojca milion kilometrów dalej, to ratuje ją w potrzebie i ściąga do siebie. Wybucha miłość, po drodze mały kryzys, ale dają radę i życie się jakoś toczy. Potem stabilizacja, szczęście, ale do końca filmu jest jeszcze trochę czasu, więc nie umrzemy z nudów. Całości nie zdradzę, bo nie o to chodzi, ale do końca nie wiemy, czy będzie happy-end czy dramat. Bardzo lubię historie opowiadane w taki sposób, że ich autor do samego końca zachowuje wolność decyzji w kwestii tego, jak całą fabułę rozwiązać.

Tytułową Trisznę (Freida Pinto), urodzą dziewką z Radżastanu kojarzymy ze „Slumdoga. Milioner z ulicy”. Dziwny jestem, bo choć młódka urokliwa, to dowiedziałem się o tym już po filmie. Skojarzyłem za to od razu Rizę Ahmeda. Facet popisowo zagrał przytępawego islamskiego terrorystę w genialnej brytyjskiej komedii „Cztery Lwy”, gdzie bez ceregieli naśmiewano się z absurdów politycznego dżihadu (polecam trajler, no nie wierzę, że nie uśmiejecie się przy scenie odpalania bazuki w złą stronę czy zaprzęganie kruków w służbę świętej wojny!) W „Trisznie…” gra już poważnie, ale nadal miło się go ogląda. Facet jest zdolny, gdzieś mi mignęła informacja, że jest wschodzącą gwiazda kina indyjskiego.

„Triszna…” ogólnie oceniana jest jako film „niezły”. Jeden z recenzentów – że powrócę do początku tego posta – zżymał się na fakt, iż historia trochę nie trzyma się kupy. Bo co właściwie spowodowało, że ze słodkiej i niemal bajkowej opowieści o miłości robi się coraz mocniejsze studium zniewolenia i dominacji? Uważam, że jest to zarzut niesłuszny, podyktowany jednak w dużej mierze oczekiwaniami zrodzonymi po lekturze książki. „Triszna…” nie jest dziełem spektakularnym, ale sprawnie i przekonująco zmontowanym dramatem o miłości między dwoma ludźmi z kompletnie innych światów.

DOBRA propozycja na randkę, chociaż zastanawiam się, ile par pokłóci się o postępowanie głównych bohaterów. „Głupia idiotka” kontra „typowy męski despota”? Ale wierzę w to, że „Triszna…” jest obrazem na tyle wielowymiarowym, że uda się uniknąć takich scysji, a wieczór – pomimo paskudnej pogody za oknem – zaliczymy do udanych.

Już kończąc – czy naprawdę dochodzimy do momentu, kiedy kończą nam się pomysły na tytuły? Przed seansem miałem przyjemność wysłuchać prelekcji na temat roli pragnienia w filozofii indyjskiej, jednak przy całym szacunku dla ideologicznej głębi, którą chcieli przekazać tłumacze, naprawdę nie znalazł się w okolicy nikt, kto wskazałby im, że chyba już kiedyś coś było w polskich kinach o pragnieniu miłości? Tyleż do kobiety, co fortepianu…

Słoń

Przypisy Ryby:

*Ktokolwiek miał w ręku książkę, widział ten film, czy tysiące „kanonicznych” adaptacji (z „Tess” Polańskiego na czele) potrafi sobie wyobrazić jak optymistyczną i pogodną literaturą IFA UJ karmi dusze swych studentów.

**A spróbowałbyś tylko!

***I tu ignorancja recenzenta wychodzi na jaw! W „Tess of D’Urbevilles” jest jedna nieszczęsnaTess, lecz dwóch facetów. Jeden wstrętny, bogaty Alec i jeden niby dobry, ale strasznie ciućmowaty Angel Claire (TAK, nazywa się ANGEL CLAIRE, czyli, „Czysty/Przejrzysty Anioł”. Naprawdę, tutaj Hardy się za bardzo nie wysilił chcąc mieć „symbolikę imion”…

Rybka

Hitchcock: DOBRY film

„Hitchcock”

USA 2012

reż. Sasha Gervasi

Anthony Hopkins, Helen Mirren, Scarlet Johanson

Jak robi się film o jednym z najlepszych i najsławniejszych reżyserówświatowego kina trzeba się liczyć z tym, że będzie on porównywany z dziełami Mistrza. Sasha Gervasi poradził sobie bardzo dobrze. Nie imituje nachalnie Hitchcockowego stylu, choć wielokrotnie nawiązuje do jego dzieł — zarówno poprzez charakterystyczne monologi Hitchcocka z „Alfred Hitchcock przedstawia” jak i poprzez ukryte cytaty i aluzje w dialogach. Samym tonem film bardziej nawiązuje do Hitchcockowskiego poczucia humoruniżdo elementu „dreszczowca” – nie traktuje się zbyt serio, raczej pokazuje burzliwą historię powstawania jednego z najbardziej przerażających filmów z przymrużeniem oka. Podkreśla często niedostrzeganą rolę Almy Reville, scenarzystki, montażystki, asystentki reżysera i, co gorsza, żony Sir Alfreda, która nie dość, że miała z nimstały kontakt na planie, to jeszcze musiała go wytrzymywać w domu*. W rolę Almy(niestety, mi to imię zawsze będzie się kojarzyło z supermarketem, przepraszam, z delikatesami) wcieliła się Helen Mirren, w jej męża zaś cudownie pogrubiony Hannibal Lecter ten lokaj  Anthony Hopkins.

Który jest który?

Film zaczyna się tuż po premierze jednego z moich ulubionych (w końcu jest tam Cary Grant) filmów, „Północ, północny zachód”. Sześćdziesięcioletni reżyser już jest trochę znudzony własnym stylem i poszukuje czegoś nowego. Chce znowu zaskoczyć widzów, którzy zdążyli przywyknąć do jego „chwytów”. Co robi? Postanawia nakręcić horror, któryto gatunek, zwłaszcza pod koniec lat pięćdziesiątych, nie był przez nikogo traktowany poważnie (=a na pewno nie przez kogokolwiek kto by chciał wyłożyć  na to złamanego centa). Przyglądamy się, jak państwo Hitchcockowie radzili sobie z „Psychozą” (i kto tej psychozy dostawał).

Cóż mogę więcej napisać — przyjemny film na sobotni wieczór. Z czystym sercem polecam, a jeszcze bardziej — filmy samego Sir Alfreda (choć może nie wszystkie tak na noc…).

Rybka

*Bardzo podobała mi się „zdrada” w wykonaniu „Hitcha” i Almy: ona pisze dla kogoś innego, on wyżera z lodówki pasztet po nocy. Sceny Hitchcockowego podżerania są bardzo, bardzo realistyczne.

 

Weekend z królem: no, cóż… jednak DOBRY film

„Hyde Park on Hudson”

Wielka Brytania 2012

reż. Roger Michell

Bill Murray, Laura Linney, Olivia Williams

Byliśmy na tym filmie tydzień temu. Żadne z nas w sumie nie chciało napisać tej recenzji. Nie dlatego, że ten film jest jakoś tragicznie zły — wtedy zapewne bilibyśmy się o możliwość rozkosznego wyrzekania i wytykania podstawowych błędów. Nasz problem (a zarazem główny problem tego filmu)polega na tym,  że  „Weekend z królem*” jest dość nierówny. Można tu znaleźć sceny bardzo dobre, jak i takie, podczas oglądania których ogarnia człowieka zwątpienie. Denerwujące voice-overy tłumaczy to, że jest to ekranizacja słuchowiska radiowego zrobionego na podstawie pamiętników Margaret Suckley (znanej rodzinie jako Daisy — w tej roli Laura Linney), kuzynki**, przyjaciółki i, według niektórych, kochanki prezydenta USA Franklina Delano Roosevelta.

Który jest który?

Choć rzecz się dzieje w Ameryce, film ten wpisuje się w szablon „bezpiecznych” brytyjskich filmów przeznaczonych na eksport, czyli filmów kostiumowych (choć nie jest to wiktoriańska ani edwardiańska Anglia, tylko lato 1945 roku). Nostalgiczna, eskapistyczna atmosfera, posiadłość wiejska, biblioteka, garden party (z najbardziej dramatyczną sceną jedzenia hot-dogów w historii światowego kina), stroje z epoki, prezydenta USA odwiedza król Wielkiej Brytanii z małżonką, czyli kolejna okazja do zderzenia obyczajów ze Starego i Nowego Świata. Jednak nad tą sielanką wisi widmo zbliżającej się wojny (oglądając na tyłach świadomości może gorzko pobrzmiewać też jedna piosenka Kaczmarskiego). Jako że film zrobiono „na eksport”, zwłaszcza do Stanów, trochę do zbudzenia przypomina się widzowi okoliczności historyczne (FDR ma polio i jest bawidamkiem mieszkającym z mamusią, król Jerzy się jąka, a wstąpił na tron po abdykacji braciszka, Eleonor też romansuje na boku i to nie tylko z mężczyznami, królowa matka jest trochę straszna, Hitler zagraża Europie, Amerykanie nie chcą się angażować, etc, etc). Para królewska bardziej przypomina karykatury z czasów wojny o Niepodległość wiszące w ich pokoju, dopiero Murray-Roosevelt musi ich troszkę rozruszać.

No właśnie. Główną zaletą tego filmu, niestety trochę za mało rozwiniętą, jest wątek spotkania człowieka sparaliżowanego od pasa dół przez polio z jąkałą, gdzie akurat tak się składa, że ten pierwszy to prezydent nowej potęgi, a ten drugi to monarcha powoli umierającego imperium. Ten wątek, w połączeniu ze świetną obsadą — poza Murrayem uwagi godna jest Olivia Williams ***, angielka grająca nieprzepadającą za anglikami pierwszą damę — ratuje ten film przed etykietką „Zły” , choć werdykt, jak już wspomniałam, nie był łatwy. Ale cóż… nie miejmy żalu do Murraya.

Rybka

*Polski tytuł przywołuje inny przeinaczony, ale związany z tym filmem tytuł: „Jak zostać królem” („King’s Speech”).

** Franklin Delano lubił swoje kuzynki. Jego żona –czaderska Eleanor– też była z nim spokrewniona. Poczytajcie conieco o Roosveltowej, bardzo ciekawa postać.

***Williams, znana polskim widzom głównie jako żona Brosnana z „Autora Widmo” Polańskiego,  grała już z Murrayem w wspomnianym przeze mnie już chyba wielokrotnie filmie „Rushmore” Andersona.

Hej, czy myśmy się już kiedyś nie spotkali?