Wróg numer jeden: ZŁY FILM

Puk! Puk! "Kto tam?" "Harcerze!" "Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!"

Puk! Puk! „Kto tam?” „Harcerze!” „Otwieraj Chamie, Navy Seals nie kłamie!”

„Zero Dark Thirty”

USA, 2012

reż. Kathryn Bigelow

Jessica Chastain, Jason Clarke

Są takie filmy, które wydają się być w trakcie oglądania DOBRE. Miłe oku, dobrze zrobione, wciągają nas, coś tam przekazują. I przychodzi końcówka, która wszystko psuje. Konstatrujemy ze smutkiem, że to byłby naprawdę DOBRY film, uciąć go o te 10-15 minut i byłoby git (to słowo z jidysz, „Lalkę” czytaliście to pamiętacie). DOBRY film musi charakteryzować się przecież wewnętrzną harmonią i spojnością od początku do końcaj!

W temacie katastrofalnych końcówek trzeba oczywiście wspomnieć jeden z NAJGORSZYCH filmów świata, czyli „Rewers”, którego absurdalne zakończenie doskonale ukazywało pustkę i bezdenny debilizm całej produkcji. Nieco podobne, acz nie tak mocne wrażenie miałem właśnie oglądając nominowanego do tegorocznego Oscara „Wroga Numer Jeden” Kathryn Bigelow.

Już na wstępie zaznaczam – nie mamy do czynienia z absolutnie ZŁYM filmem. Od „Rewersu” dzielą go lata świetlne. Moja ostatecznie negatywna ocena wzięła się z rozczarowania – świadomości tego, że od Bigelow można się spodziewać o wiele więcej. W końcu nakręciła „Hurt Locker. W pułapce wojny”, który trzy lata temu zgarnął – w pełni zasłużenie – sześć statuetek, w tym za najlepszy film, scenariusz oryginalny i reżyserię.

Maja ma jak święta aureolę.

Maja ma aureolę niczym święta.

Nie mogę zaprzeczyć – „Wroga…” ogląda się całkiem dobrze. Pewnie muszę wziąć poprawkę na fakt, iż każdy film o polityce ma u mnie na wstępie 5 Punktów Dobroci. Jednak nie ręczę za to, że nie odpadniecie w trakcie tego trwającego ponad 2,5 godziny widowiska. Film opowiada o polowaniu na wroga numer jeden Ameryki, czyli Osamę-ibn-Ladena, z perspektywy agentki CIA o pseudonimie Maya (Jessica Chastain). Robota żmudna, wymagająca znalezienia igły w stogu siana i uciekania się do – nazwijmy to delikatnie – moralnie wątpliwych metod przesłuchań. No i oczywiście niebezpieczna, bo wróg nie śpi, a toczy się przecież wojna.

Historia oparta na faktach, więc wiemy jak się skończy. Scena zabicia Osamy w trakcie brawurowej akcji amerykańskich komandosów na terenie Pakistanu jest doskonała. Ale jest ona niemiłosiernie długa, trwa chyba z pół godziny. Główna bohaterka po prostu… znika. Siedzi gdzieś tam w bazie w Afganistanie i czeka na wieści, ale całą rolę odwalają dzielni Navy Seals, którym z bliska towarzyszymy przez całą akcję, jedynie raz czy dwa zaglądając, co tam u Mayi. I w tym momencie dotarła do mnie słabość tego filmu – o czym on właściwie jest?

Niby o Mai – młodej, zdolnej, cholernie ambitnej i mającej niemal obsesję na punkcie wykonania zadania. W trakcie rozmowy w stołówce w siedzibie CIA na pytanie szefa (James Gandolfini) czym się wcześniej zajmowała w agencji, odpowiada szczerze – niczym. Od początku swojej kariery w wywiadzie rozpracowywała ibn-Ladena. Oprócz tej rozmowy, w całym filmie są chyba jeszcze dwie sceny, które pozwalają nam bliżej poznać Mayę. Warto wspomnieć już o samej końcówce, kiedy to wycieńczona agentka wsiada do potężnego, pustego helikoptera transportowego i „może lecieć gdzie chce”. Wolność, zasłużony urlop po wykonaniu realizowanego przez lata zadania, na które z utęsknieniem czekał cały naród. Ale tak naprawdę nie wiemy o niej nic, jako człowieku, nic o jej motywacjach, lękach. Zero głębszej psychologii, próby jej zrozumienia, czy czegoś w tym stylu. Rudy, urodziwy robot z jakimiś emocjami, obsesyjnie szukający faceta ukrywającego się w jakiejś chacie w Pakistanie.

Jeśli „Wróg…” jest o polowaniu, to także nie za wiele z tego wynika. Fakt, są sceny tortur, ale nie jest to pretekst do głębszej refleksji. Bohaterowie są oczywiście ludźmi i czasem mają już dość tej roboty, ale co z tego? To polowanie mogłobyć fantastycznym pretekstem do poruszenia tylu problemów. Mamy przecież do czynienia z próbą uporania się z wielką narodową traumą, jaką było upokorzenie mocarstwa i dramatyczne wyrwanie z pozimnowojennego letargu. Jest problem dehumanizacji człowieka, traktowania ibn-Ladena jako szkodnika, którego bez żadnej głębszej refleksji trzeba zamordować. Jest cały problem relacji Zachodu ze światem arabskim. Tymczasem we „Wrogu…” widzimy bezwględnych oprawców po jednej i drugiej stronie, których różni (tylko/aż?) ideologia.

Maja ma jak jak okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko długiej.

Maya ma jak ja okulary. Tzn., też kiedyś miałem takie seksowne makarturki, kupiłem w Syrii za równowartość 6zł, ale gdzieś je zapodziałem, czego strasznie żałuję, choć na osłode zostały mi lenonki taty, jednak i z nimi był problem bo poszły noski, jednak podobne kupiłem już za 10 zł u optyka niedaleko ul. Długiej w Krakowie, a konkretnie to na ul. Pędzichów.

Film wywołał dyskusję tu i tam, jednoznacznie sugerując, że bez tortur nie złapano by Bin-Ladena. To, czy to dobrze czy źle, interesuje mnie jako widza w znacznie mniejszym stopniu niż to, czy wychodząc z kina, miałem wrażenie, że reżyser chciał mi w tym filmie o tym opowiedzieć. A tego nie zrobił. Spektakularne, acz rozwleczone zakończenie, wytrąca z i tak wątpliwego poczucia, że wszystko to się trzyma kupy, ku czemuś zmierza, o czymś opowiada.

Tutaj chyba też należy upatrywać klęski Chastain w walce o zdobycie Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską, którą odebrała Jennifer Lawrence z „Poradnika Pozytywnego Myślenia”. Bigelow nie uczyniła z niej pełnowymiarowej, wiarygodnej bohaterki i niewąpliwe zdolna Chastain nie za bardzo mogła coś z tym zrobić. Poległa Chastain, poległ „Wróg…”, który dostał nagrodę jedynie za najlepszy montaż dzwięku, a najlepszym filmem została „Operacja Argo” Afflecka. Bez przesady można mówić o klęsce – pięć nominacji, jedna statuetka, przy dziewięciu nominacjach i pięciu nagrodach dla „Hurt Lockera.”

Jeszcze słówko o Oscarach – strasznie egalitarnie się zrobiło. Nie było jednego filmu, który zgarnąłby zdecydowaną większość nagród. Trudno tak powiedzieć o „Życiu Pi” (trzeba będzie to zobaczyć!), które dostało najwięcej, bo cztery Oscary, m. in. za reżyserię, ale w tym za muzykę i efekty specjalne. Film roku: „Operacja Argo”; aktor – „Lincoln”, aktorka – „Poradnik Pozytywnego Myślenia”; scenariusz oryginalny – „Django”. Zatem – dużo dobrych filmów i brak tego jednego, porywająco genialnego. Choć ja będę bronił, jak to gdzieś napisali, poczciwego „Lincolna”…

Słoń

Kochankowie z księżyca – bardzo DOBRY film

„I’m going to find a tree to chop down”

„Moonrise Kingdom”

USA 2012

reż. Wes Anderson

Jared Gilman, Kara Hayward, Bill Murray

Jako, że od dawna jestem wierną fanką Wesa Andersona i Billa Murraya, moja pochwała tego filmu może  nie być uznana za obiektywną. Jednak to Słoń  stwierdził, że „Moonrise Kingdom” jest „klasycznym przykładem DOBREGO filmu”, a był on do tego stopnia nie zaznajomiony z twórczością tego reżysera, że aż do rozpoczęcia seansu drżał, że zmusiłam go na pójście na coś w stylu „Zmierzchu”.

Jak zwykle u Andersona, obsada jest cudownie dobrana. Poza tymi, co w jego filmach pojawiali się już wielokrotnie (Murray, Schwartzman), doszło kilka „nowych” twarzy (Tilda Swinton, Frances McDormand, Bruce Willis, Bob Balaban), z których większość zagra zresztą w „The Grand Budapest Hotel” tegoż pana (i jeszcze dojdzie do nich Jude Law!). Mimo tak wspaniałych dorosłych, największą rolę odgrywa tu banda utalentowanych dzieci. Myślę, że z parą głównych bohaterów (Jaredem Gilmanem i Karą Hayward) będzie tak samo jak z Jasonem Schwarzmanem, któremu karierę otwarł nastoletni debiut w „Rushmore” (jak nie widzieliście, to koniecznie obejrzyjcie!).

Film jest wizualnie śliczny, każdy szczegół jest starannie dopracowany, od książek ukradzionych przez bohaterkę z biblioteki, przez obozowisko, do najmniejszych brożek, przypinek i przyszywek sprawności na mundurach skautów (warto tu wspomnieć, że kostiumy są autorstwa naszej rodaczki, Kasi Walickiej-Maimone). Ta dbałość o szczegóły przy ujęciach, scenografii i strojach przy jednoczesnym uniknięciu przestylizowania, przenosi się na sposób wypowiadania kwestii (idealny „timing”) i grę aktorów w ogóle, jak też na dobór muzyki.

Ten na pozór cukierkowy, z początku bardzo eskapistyczny, film pokazuje dwa światy: tak smutny, że aż śmieszny świat dorosłych i albo nudny, albo zaskakująco pełen przemocy świat dzieci*. Para bohaterów próbuje uciec od tego wszystkiego. Dorośli próbują ich „uratować”, chociaż to oni bardziej potrzebują pomocy. Wszyscy są „outsiderami”, którzy jednak różnie znoszą zjednoczenie — czy to z własnej, czy z przymuszonej woli. Tym, co chroni dzieci (i, jak się okazuje, nie tylko chodzi tu o główną parę) przed groteskowym smutkiem starszych jest naiwność, ale też pewien wytrwały idealizm, którego dorośli nie rozumieją. Anderson błyskotliwie łączy komizm i ironię z powagą i pewną sympatią do wszystkich bohaterów. Śmiejemy się, jak smutny Bruce Willis – ciapowaty policjant nalewa dwunastolatkowi piwa do szklanki po mleku podczas wykładu o odpowiedzialności, ale jest nam go w sumie żal. „Moonrise Kingdom” , jak nie tylko inne filmy Andersona, ale i „Miłość Larsa” (czy bardziej „mainstreamowy” „Poradnik pozytywnego myślenia„)  jest –w pozytywnym tego słowa znaczeniu– DZIWACZNY (ang. quirky). Śmieszy, ale nie prześmiewa; wzrusza, ale bez łzawego sentymentalizmu.

Rybka

*Według mnie, najbardziej realistyczni są chłopcy. Scena, gdy uzbrojeni po zęby skauci suną do boju przypomniała mi moje harcerskie czasy. Wiele lat temu, na obozie letnim, mój zastęp miał za zadanie wykraść w nocy trochę jedzenia z namiotu-magazynu. Niestety, przyuważyła nas warta i w pogoń za nami rzuciła się banda dwunastolatków z maczetami.

Wiem, że dużo tych zdjęć, ale nie mogłam się oprzeć. Ładny kadr, a do tego smutny harcmistrz Edward Norton.

Lincoln: DOBRY film

lnc

„Lincoln”

USA 2012

reż. Steven Spielberg

Daniel Day-Lewis, Sally Field, David Strathairn, Joseph Gordon-Levitt, Tommy Lee Jones

Ludzie mają tendencję do nadużywania wielkich słów, zarezerwowanych na wyjątkowe okazje. Jadę przystankiem, plakat filmowy i podpis – „wszystko w tym filmie zasługuje na Oscara”.  Czytadło dla kobiet, reklamowane na kiosku – najlepszy dramat od lat. Problem jest oczywiście szerszy i dotyka chyba każdego. Mamy dopiero drugą dekadę XXI w. wieku, ale czuję, że powodzi, filmów, przełomów, polityków, decyzji, odkryć stulecia to będzie z kilkadziesiąt.

Ale jak już po oglądnięciu „Lincolna” wpadł mi w rękę listopadowy „Times”, z czarno-białą, nastrojową fotografią melancholijnej twarzy Daniela Day-Lewisa i podpisem: „The World’s Greatest Actor” (napis biały, tylko „greatest” na czerwono)… przyznałem im rację. Przypomniał mi się kolega, który po kolejnym świetnym meczu Barcelony i kolejnych peanach zachwytu nad futbolową finezją Katalończyków powiedział mi: „Ku*wa… A jak my naprawdę oglądamy właśnie najlepszą drużynę świata w historii?” Po Lincolnie i zobaczeniu okładki „Time’a” miałem podobnie. Cholera, jeśli właśnie naprawdę oglądam najlepszego aktora świata?

Bo nie przesadzę, jak powiem, że chyba pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się oglądać film o historycznej postaci, gdzie miałem tak mocne wrażenie, iż oglądam nie aktora, ale właśnie bohatera. Na Boga – Lincoln zmartwychwstał! Nie wiem, jak wyglądał, jak mówił i jak się zachowywał, ale na pewno tak, jak to przedstawił Daniel Day-Lewis. Aktorstwo totalne, profesjonalizm na najwyższym poziomie. Ale facet – trzeba przyznać – ma dosyć niestandardowe metody pracy. Jak się przygotowywał do roli w „Ostatnim Mohikanie” to żył przez jakiś czas w takich warunkach, w jakich żyli Indianie w XVIII w. Przygotowując się do roli niesłusznie oskarżonego o wzięcie udziału w ataku bombowym zorganizowanym przez IRA w „W imię ojca” nie spał przez trzy noce przed zdjęciami, żeby wiarygodnie zagrać w scenie przesłuchania. A w trakcie kręcenia „Lincolna” wysyłał Sally Field grającej małżonkę prezydenta SMSy z podpisem „Yours, A.”

Czapki z głów, DOBRY film!

Czapki z głów, DOBRY film!

Lincoln Day-Lewisa jest człowiekiem z krwi i kości – wybitnym mężem stanu, wierzącego w pewne ideały, a przy tym potrafiącym skutecznie przekonywać do swoich racji. Erudyta i anegdociarz, w każdej dyskusji przytaczający historię, która albo ośmiesza przeciwnika, albo staje się elementem argumentacji, albo po prostu rozładowuje atmosferę (ta o portrecie Jerzego Waszyngtona w toalecie pewnego Anglika jest doskonała!) Jednocześnie są momenty, kiedy wątpimy w jego nieomylność, widzimy, że się waha i jest świadom swojej ograniczoności. I jeszcze bardziej go lubimy, bo nie jest superbohaterem, ale po prostu roztropnym i mądrym człowiekiem, mierzącym się nieustannie ze swoimi słabośiami.

„Lincoln” nie jest jednak jednym z tych filmów, na które warto iść dla tej jednej kreacji. A takie wrażenie miałem choćby po „Mistrzu” Andersona. Doskonale zagrany Lincoln ukazany jest zarówno jako czuły ojciec, dobry mąż, ale i wielki polityk. W skomlikowaną grę polityczną, w której Lincoln chce dokonać niemożliwego, czyli upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu (zakończyć wojnę secesyjną i przepchać przez Kongres XIII poprawkę znoszącą niewolnictwo), zgrabnie wplecione są wątki osobiste, szersza historia i batalie w Kongresie. Film ma wewnętrzną dynamikę, spójność i harmonię, którą w całości trzyma postać Lincolna. Jest to zarówno kawał amerykańskiej historii, uniwersalna opowieść o polityce, ale też historia człowieka, któremu przyszło w niezwykle trudnych czasach wziąć polityczną odpowiedzialność za życie innych ludzi, jedność Unii oraz wiarę w równość wszystkich ludzi.

To wszystko powoduje, iż nie zdziwię się, jeśli to właśnie Spielberg odbierze za trzy dni statuetkę za najlepszy film roku. Co do głównej roli męskiej nikt nie ma wątpliwości. Zobaczcie „Lincolna”, a zrozumiecie.

Słoń

„Operacja Argo”: DOBRY FILM

Gdzie jest Wally? ee... Brodaty Ben?

Gdzie jest Wally? ee… Brodaty Ben?

„Argo”

USA 2012

reż. Ben Affleck,

Ben Affleck, Bryan Cranston, Alan Arkin, John Goodman

Do Oskarów zostało jedynie parę dni. Rybka już skrobnęła o „Poradniku pozytywnego myślenia”, ja w jednym z pierwszych postów na tym blogu podzieliłem się swoimi wrażeniami z „Django„, ale by wyczerpać temat nominacji do „Best Picture” zostało jeszcze trochę… Choć nie wyrobimy z wszystkim, mamy nadzieję, że uda nam się do 24 lutego napisać recenzję filmu, który dostanie Oscara. No chyba że nagroda, na przekór wszystkiemu i wszystkich powędruje do Haneke’go… Bo o „Miłości” pewnie napiszemy, ale chyba nie tak szybko, jak byśmy chcieli.

Jako dyżurny politolog tej strony spadł na mnie obowiązek recenzji „Operacji Argo”, co – nie ukrywam – czynię z niemałą satysfakcją. Filmu dziwnego, bo od fabuły wszyscy się bardziej podniecali powracającym z niebytu Benem Affleckiem. Nie chcę się zagłębiać w szczegóły perypetiów życia Pana Bena, bo ładnie zrobili to już w Newsweeku, gdzie – chyba jacyś żeglarscy zapaleńcy – napisali, że: „pokonał aktorskie flauty, sztorm wokół związku z Jennifer Lopez, tsunami prasowych złośliwości i wiry alkoholizmu.” A teraz pewnie zmierza po Oscara. Co z tego wyjdzie – zobaczymy. Ale faktem jest, że Affleck niespodziewanie wyrasta nam na jednego z ciekawszych i ambitniejszych reżyserów!

Mam kolegę dziennikarza. Kiedyś, jak mu się użalałem, że mam do napisania jakiśtam tekst, temat – absolutnie super, no ale nie idze, źle mi się pisze i nie mam wrażenia, że zmierzam ku dobremu. Kolega przyznał rację. Stwierdził, że on też tak ma – przy słabym temacie, człowiek staje na rzęsach i skupia całe siły, by formą nadrobić niedostatki treści. Z kolei na odwrót – kiedy ma się o czym pisać, nieraz zaniedbuje się „opakowanie” i efekt nie zawsze jest satysfakcjonujący.

Affleck mógł być doskonałym przykładem takiego paradoksu. Historia, jaką pokazał jest doskonała, jest wręcz gotowym scenariuszem na film. Oparta na faktach, a przy tym tak pełna napięcia i niewyobrażalna, że z zaskoczeniem czytamy na wiki, że oni naprawdę TO zrobili! Ale trzeba to jeszcze jakoś sensownie pokazać. I Affleckowi się udało. Nie powiem, że „Argo” jest filmem doskonałym, ale DOBRYM w pełni tego słowa znaczeniu.

argo2

„Argo, fuck yourself!”

Dobrze się to ogląda. Solidny warsztatowo, z ciekawą grą aktorską. Brodaty Ben Affleck, do tego świetny duet Alan Arkin – John Goodman, a dla fanów „Breaking Bad” w tle Bryan, do tego świetne dialogi. Fakt, byliśmy z Rybką jedynymi, którzy śmiali się z tekstu o Marksie (i na końcu prawie biliśmy brawo, jak zobaczyliśmy nad łóżkiem syna głównego bohatera figurki z „Gwiezdnych Wojen”, ale to nie znaczy, że jesteśmy dziwni!) I ten nieprzetłumaczalny kalambur na samym końcu:

– President says that you’re a true American…

– American what?

– He didn’t say…

Niektórzy kręcą nosem, że niby thriller, czekamy na wielki finał, ale koniec końców nie jest on aż tak szokujący. Spodziwamy się czegoś więcej i zostaje niedosyt. Nie zgadzam się. Nie ten film, nie te oczekiwania. Chcecie rozwałki to zobaczcie sobie indonezyjski „Raid”, reklamowany  jako „30 pięter chaosu”. Affleck bierze na tapetę prawdziwą historię, wiadomo – w jednym filmie nie nakreśli całego skomplikowanego konstekstu społeczno-politycznego, ale stara sie trzymać faktów.

Zatem: w Iranie wybuchła w 1979 r. rewolucja. Sytuacja – jak to w przypadku porządnej rewolucji – wymknęła się spod jakiejkolwiek kontroli, nastał chaos  i anarchia. W tym bezładnym szleństwie rewolucyjnego impetu pojawił się pomysł, by okupować amerykańską ambasadę. I to – jak się okazało – nie na tydzień czy miesiąc. Okupacja ambasady w Teheranie trwała aż 444 dni i przeszła do historii pod nazwą Iran hostage crisis.

[Nawias – koleżanka podrzuciła mi film „444” – irański dokument o pomysłodawcach całej akcji okupacji. Na samym początku pomysł przedstawiono m.in. Ahmadineżadowi, wówczas studentowi (obecnenie prezydent Iranu),który odrzucił go, uważająć, że raczej należy okupować ambasadę radzieckich ateistów. W końcu wygrała polityka – okupacja amerykańskiej ambasady była wyrazem gniewu Irańczyków na politykę USA, które wiernie wspierały krwawy reżim szaha.]

Przyznajcie sami – trochę głupia sprawa dla jednego z dwóch światowych mocarstw, by dać sobie zrobić taki afront. tym bardziej, że w Moskwie tylko czekają na taki akt słabości. Doskonały pretekst by ośmieszyć wroga, który nie potrafi się zaopiekować swoimi obywatelami. Oczywiście w USA  podjęto próbę uwolnienia zakładników. Carter zezwolił na posłanie sześciu helikopterów z komandosami, jednak jeden się rozbił po drodze, a w drugim padła hydraulika i trzeba było przerwać misję.

Argo, film of the week

„You did well, Ben!”

O tym w 1980 r. było wiadomo. Carter przyznał się do porażki, tym bardziej bolesnej, że była szansa na uratowanie prezydentury. A tak przegrał z przebojowym Republikaninem Reaganem. Tymczasem dopiero pod koniec lat 90., Clinton odtajnił akta dotyczące tego, o czym opowiada fabuła „Operacji Argo”. Okazało się bowiem, że sześciu pracowników ambasady zbiegło do placówki dyplomatycznej Kanady. Wiadomo było, że nie będą mogli się tam ukrywać wiecznie. I opracowano szleńczy plan uwolnienia. CIA wymyśliło, by sprzedać Irańczykom następującą bajkę: Hollywood kręci w Iranie film si-fi, przy którym pracuje kanadyjska ekipa (nasi ucieknierzy). Całą akcję trzeba było oczywiście misternie zaplanować, a zajął się tym agent Tony Mendes (Ben Affleck), który miał za zadane wyciągnąć dyplomatów z Iranu.

W całej historii najważniejszy jest mały epizod, który najpełniej rozwiązuje problem kontekstu, w jakim powstaje film. „Operacja Argo” łatwo mogłaby się bowiem stać elementem politycznej histerii – już nie wnikam w to, na ile słusznej – związanej z obecnymi posunięciami reżimu w Teheranie. Ot, przypomijmy światu, kto nim tak naprawdę rządzi (rządził) i wskażmy wroga. Jasne, po wyjściu z kina każdy zazdrości Amerykanom CIA, Bena Afflecka i „Gwiezdnych Wojen”, ale Affleckowi udaje się uniknąć jednostronności, nadmiernego patosu i moralizatorstwa.

W uwolnieniu zakładników, kluczową rolę gra młoda irańska dziewczyna, pokojówka w kanadyjskiej ambasadzie. Wie kim są „goście” ambasadora, ale decyduje się okłamać indagujących ją przedstawicieli władz rewolucyjnych. Dzięki jej dyskrecji i odwadze, cała akcja ma szansę się powieść. Choć pomysłodawcą i wykonawcą całej akcji był Tony Mendes, to bez jej milczenia nie byłoby mowy sukcesie. Gdy Amerykanie cieszą się na pokładzie samolotu, na którym można już spożywać alkohol, dziewczyna wraz z tłumem ucieknierów przekracza kranicę Iranu. Happy end z delikatną nutką goryczy, nie pozwalający zapomnieć, że świat nie jest czarno-biały. Kolejny powód, by Was bez wyrzutów sumienia wygonić do kina.

Reasumując – brawa dla Afflecka, DOBRY film, me gusta!

(Ale Oskar chyba jednak dla Spielberga…)

Słoń

Poradnik pozytywnego myślenia – w sumie DOBRY film

Koleś biega cały czas w worku nałożonym na dres a film wygrywa CDGA za najlepsze kostiumy do filmu współczesnego?

„Silver Linings Playbook”

USA, 2012

reż. David O. Russel

Bradley Cooper, Jennifer Lawrence, Robert De Niro*

Ten film jest w sumie dobry. Nie jest to arcydzieło godne ośmiu nominacji do Oskara, ale jest  bardziej dobry niż zły. Ładne zdjęcia, dobre dialogi, dobre aktorstwo — może to kiedyś obejrzę drugi raz, jeśli akurat będzie w telewizji (tylko czy to będzie Zakochana Jedynka, czy Superkino?).  Mimo, że jest tu i przemoc (acz w odległym tle) i choroba psychiczna (choć pod tym względem według mnie Lars lepszy), film ogląda się raczej przyjemnie.

W ogóle „Poradnik… ” jest bardzo amerykański: podfiladelfijska (chodzi o miasto, nie serek) suburbia, i football amerykański, i obstawianie, i jogging, i choroba dwubiegunowa (podobno jedno z najczęstrzych zaburzeń psychicznych diagnozowanych w USA), i rodzina, i nielegalne zakłady, i przekąseczki (kto widział wie o co chodzi). No, i oczywiście, taniec.

Film raz jest dramatem, raz komedią — a te przeskoki są w miarę dobrze zgrane. Myślimy, że oglądamy komedię, a tu BAM przestajemy się śmiać i nam trochę tak smutno się robi. Pod koniec film zaczyna przypominać klasyczną amerykańską screwball comedy: troszkę zbyt wydumane, ale komu to przeszkadza, bo ma to dużo uroku**.

Rybka

* Robert De Niro, nie Al Pacino! Już kilku osobom powiedziałam, że ojcem Coopera w tym filmie jest Al Pacino. Zawsze Ci dwaj mi się mylą, to przez Scorsese.

** Skoro już jesteśmy przy screwball comedy, to obejrzyjcie koniecznie „Filadelfijską Opowieść” (też Filadelfia!), uroczą komedię z Carym Grantem i Katharine Hepburn.

Nieulotne – mimo wszystko ZŁY film

Trochę jak rodzeństwo, co nie?

„Nieulotne”

Polska, Hiszpania, 2012

reż. Jacek Borcuch

Jakub Gierszał, Magda Berus, Andrzej Chyra

Poszliśmy na „Nieulotne”  we dwójkę, nie wiedząc jeszcze, które z nas napisze  recenzję.  Już przed filmem nie wiedzieliśmy co myśleć – aktor i reżyser ci sami co w „Wszystko co kocham” (czyli że będzie dobry?), ale aktorka ta sama, co w „Bejbi blues”. Co myśleć? Jak żyć?

Pierwsza część filmu – słoneczna Hiszpańska winnica („drugie pod słońcem Toskanii?” zażartował Współautor).  Druga – niebieskoszarozielony Kraków(przede wszystkim Szkieletor), chwilę product placement gminy Kwidzyn.

Koniec seansu. Konsternacja. Co to, do licha, było? DOBRE to to, czyZŁE? Wyszliśmy z kina i nie wiedzieliśmy co myśleć.

Trzeba przyznać, że zdjęcia Michała Englerta są śliczne. Scenografia świetnie dobrana. Kolory super skomponowane. Hiszpański upał się czuje, kładka Bernatka świeci w przemykającej oddali, w wannie jest mokro i ponuro.

Pierwsza, „sielska”, część filmu jest ciekawie dwujęzyczna. Michał (Gierszał) jest w Hiszpanii nie po raz pierwszy, mówi po hiszpańsku biegle, ludzi zna, tłumaczy Karinie (Berus) o czym jest mowa przy stole.

Ale niedługo potem film milknie. Jeszcze okazuje się, ze dziadek, któremu lekarz zabronił pić mówi po polsku i coś tam pamięta. Co? Tego się nigdy nie dowiemy. Film pokazuje wybrane chwile bez komentarza, bez zbędnych (i niezbędnych) wyjaśnień, a wszystko cudownie skomponowane.

Ale co zostaje po odjęciu samej formy? Co (wybaczcie odwołanie do formalistów rosyjskich) ze sjużetem i fabułą?

Jak to podkreślił Współautor w recenzji Django, wszystko zostało powiedziane (czy też napisane, czy też nakręcone). Zostaje to, JAK to zostało opowiedziane. I fabuła, i  sjużet.  W „Nieulotnych” zarówno pierwsze, jak i, niestety, drugie, to nagromadzenie wszelkich możliwych stereotypowych rozwiązań , (nie znoszę tego słowa) „klisz”:

Sielanka zamieniająca się w koszmar? Jest. Bohaterka wychowywana przez biednego, ale kochającego ojca-taksówkarza? Jest (ojcem jest Chyra). Młoda dziewczyna bez matki? Jest nawet wzruszająca chwila na cmentarzu. Niechciana ciąża? Jest. Bohater-sportowiec? Jest. Osoba zastępująca matkę? Jest (pani profesor– mimo „ostrej” powierzchni troskliwa). Romantyczne spotkanie na dachu? Prawie jest. Bohater na motorze? Jest, przynajmniej w kasku. Dramatyczny pościg kończący się pojednaniem z ukochaną? Jest. Dyszenie? Jest. Myśli o aborcji, ale bez aborcji, bo jak to tak, w katolickim kraju? Są. Przyjaciółka dążąca do pojednania bohaterów? Jest. Scena zatracania się na imprezie, czy jak to młodzież mówi, na melanżu? Jest. Głęboki wykład starszego profesora w sztruksowej marynarce? Jest. Seks w plenerze? O, tak. Goły zadek? Niejeden. Wybieganie we łzach? Jest (swoją drogą –- z jakiej to krakowskiej knajpy wybiega bohaterka?). Bohater zanurzający się w wannie aby myśleć? Jest i był. Próba samobójcza? Chyba tak. Itd., itd.

Gdyby chociaż mniej było tego, gdyby ta lista była krótsza, to naprawdę byłoby lepiej.

Tak samo blond bohaterowie są dwuwymiarowi. Młodzi, albo są szczęśliwi, albo cierpią. Głównie cierpią. Czy poza tym, że on nurkuje, jest blondynem, mówi po hiszpańsku, cierpi na wyrzuty sumienia i gra w siatkówkę  w AZSie coś wiemy o Michale? Czy poza tym, że dorastała bez matki i pochodzi z Kwidzyna i studiuje coś (chyba) na UEKu to wiemy coś o Karinie? Jak się poznali? Dlaczego się kochają? Nie wiemy. I, niestety, w sumie nas to szybko przestaje obchodzić. Nieulotne ulatuje szybko.

I dialogi, o ile są, też do oryginalnych nie należą – z prób oddania naturalnej prostoty wypowiedzi wyszły same banały:  „życie mi zrujnowałeś!”, „nie mam Ci nic do powiedzenia”, „nie będzie w sumie tak źle zostać dziadkiem”, „kochasz go?”, „widzisz tę gwiazdę?” „masz mi coś do powiedzenia?”. Nie, nie mam.

Rybka

P.S. Mimo, że w końcu, po (to trzeba zaznaczyć) namyśle film widnieje w kategorii „ZŁY”, ma dla mnie jeden plus, który jednak niewiele ma wspólnego z jakością dzieła. Jeśli wybaczyliście mi formalistów rosyjskich, wybaczcie i feministyczne teorie filmoznawcze. Mianowicie „Nieulotne” jako, niestety, jeden z nielicznych nawet wśród współczesnych filmów (i, na razie chyba jedyny z recenzowanych przez nas na tym blogu) zdaje test Bechdel. O tym, co to jest, bardziej obszernie przy innej okazji. W skrócie: jest to „test” który bada obecność i rolę kobiet w kinie, składający się z trzech warunków: (1)w filmie są przynajmniej trzy „nazwane” kobiety, (2) które rozmawiają ze sobą (choć przez chwilę),(3) i to o czymś innym niż o mężczyźnie.

ZŁY film: Bejbi Blues

„Bejbi Blues”

Polska, 2012

reż. Katarzyna Rosłaniec

Magda Berus, Nikodem Rozbicki

Przyznaję się – nie poszedłem na ten film z własnej woli. Kolega bardzo chciał się wybrać, uległem namowom, byłem świadomy tego, co robię. Od razu mówię – nie oglądałem „Galerianek”. Zaufałem recenzentom i hejterom, którzy zarzucali filmowi sztuczość, moralizatorstwo i inne tego typu niezbyt pochlebne atrybuty.

Dlatego też na najnowszy film Rosłaniec poszedłem bez większych oczekiwań. Miałem tylko nadzieję, że nie będzie trzeba wyjść z kina przed końcem senansu, a kicha nie będzie tak przytłaczająca, żebym żałował tych paru złotych. Pewnie dlatego nie mam zamiaru wylewać na ten film kubła pomyj. Dostałem to, czego oczekiwałem i nie mam prawa narzekać. Bezładną i nie trzymającą się kupy historyjkę, z upchanymi na siłę przekleństwami, irracjonalnymi zachowaniami i decyzjami bohaterów, działających w jakiejś surrealistycznej rzeczywistości. W kinie wytrzymałem, zwrotu nie chciałem. Frustracja rodzi się z oczekiwań.

bb

Jedną rzecz chcę tylko poruszyć – surrealizm. Akcja toczy się w oczoboląco, kolorowej rzeczywistości Warszawy. Dom bohaterki upstrzony jest hipsterską pstrokacizną, ubrania ociekają wyrazistymi barwami, sklepy z ubraniami na Pradze, czy gdzie tam się akcja toczy, istnieją tylko w wyobraźni reżyserki, o mega party w dawnym kościele już nie wspomnę. I chyba nawet nie mam problemu z tym, że ta filmowa sceneria jest tak inna od tej, którą kojarzymy. Problem tkwi z jednej strony w koncepcie – ten pomysł stworzenia odrealnionej hipsterlandii dałoby się przełknąć i może wnosłoby to coś do filmu, gdyby był konsekwentenie zrealizowany. Mam bowiem wrażenie, że reżyserka trochę nie wiedziała, czy chce zrobić realistyczną historyjkę o dramacie młodej matki, czy też uniwersalną, moralizującą opowiastkę osadzoną w bliżej nieokreślonym miejscu. I miota się film się między absurdem przestrzeni, a realizmem dramatu. Połączenie – katastrofalne.

Druga rzecz to realizacja. Aktrstwo. Już na wstępie dostajemy info, że połowa głównych bohaterów to debiutanci i amatorzy. Jakbyśmy od początku nie mieli za dużo oczekiwać. Po co taka informacja? „Hej, to są amatorzy, więcej wyrozumiałości, oraj?” Nie. Katie Jarvis, zwerbowana do „Fishtank” Andrei Arnold na dworcu, gdzie producenci filmu dostrzegli ją kłócącą się ze swoim chłopakiem, zagrała doskonale i nikt nie potrzebował nikogo informować, że jest amatorką. Zabieg absolutnie niezrozumiały. Mam jednak kłopot z Berus, która zagrała główną rolę. Jestem gotów dać jej jeszcze szansę, ale nie jest to jednak rewelacyjna Ola Frycz.

Dialogi. Katastrofa. Nie ukrywam – młodzież posługuje się bardzo specyficznym językiem i trzeba niezwykłej intuicji lingwistycznej, by dobrze go oddać. Nie wystarczy wstawić dużo przekleństw i neologizmów. Zdaję sobie sprawę, że jest to zadanie wymagające mega pracy i wysiłku, no ale nikt nie każe kręcić filmów!

Kończąc, bo miałem nie wylewać pomyj, a trochę mi nie wyszło – żal mi jednak Rosłaniec. Reżyserka porusza ciekawe tematy, ma ten zmysł obserwatora, tylko dramatycznie brakuje warsztatu i pomysłu na realizację filmu. Gdyby historię „Bejbi Blues” opowiedzieć prostszymi środkami, nie kombinować na siłę, może byłoby lepiej. Ale za Wolterem pamiętajmy – lepsze jest wrogiem dobrego.

Słoń

Wichrowe Wzgórza – ZŁY film

Koński zad w Wichrowych Wzgórzach

„Wichrowe Wzgórza” („Wuthering Heights”)

Wielka Brytania 2011

reż. Andrea Arnold

James Howson, Solomon Glave, Shannon Beer

Ten film jest tym bardziej zły, że w sumie niewiele brakowało, by był dobry. Zapowiadało się świetnie. Nowa adaptacja jednej z najbardziej poczytnych dziewiętnastowiecznych powieści, chcąca się odciąć od typowo hollywoodzkiego, skupiającego się wyłącznie na przedstawieniu wątku miłosnego sposobu przekładu książek na język kina. Nowa wersja Andrei Arnold, która zamiast sław pomiaru Voldemorta/nowego M/Amona Goetha ma mówiące (powiedzmy) Yorkshireskim  akcentem, właściwie nie znane (chyba, że ogląda się Skinsów) twarze. Nowa adaptacja, która postanowiła wydobyć z książki namiętność i brutalność. Adaptacja, która zamiast wyszukanych kostiumów serwuje naturalistyczny, „przybrudzony” obraz życia na smaganych wiatrem wrzosowiskach, pokazując jedność natury ludzkiej, zwierzęcej i warunków atmosferycznych. Więc co poszło nie tak?

Problem nie w tym, że film kończy się w połowie książki (to akurat uważam za jego wielką zaletę).

Nie chodzi o to, że wybrali czarnoskórego aktora do roli Heathcliffa. Szkoda, że nie wykorzystano tego faktu. Po prostu był, równie dobrze mógłby Heathcliffa grać Współautor tego bloga (bez urazy).

Mimo, że czytałam „Wichrowe Wzgórza” dwa razy i dość dobrze znam fabułę powieści, nie jestem zażartą fanką Emily Brontë, więc nie mam twórcom za złe, że nie trzymali się ściśle tekstu (choć chciałabym wreszcie zobaczyć adaptację, która zamiast na Heathcliffie, skupiłaby się wreszcie na bohaterkach tej powieści).

Film zgubiła jego pretensjonalność.

Każde ujęcie krzyczało: „patrzcie, jakie to artystyczne! Nowatorskie! Jakie śmiałe!”, Jak gdyby twórcy uznali, że skoro robią tak „odważną” wersję klasycznej powieści, że mają piękne ujęcia przyrody, czarnego Heathcliffa, agresję pod postacią zbliżeń na zabijane króliki i namiętność pod postacią nekrofilii,  że jedyną muzyką jest wycie wiatru, szum traw i utwór Mumford & Sons w końcówce, to  te pomysły automatycznie sprawią, że film stanie się dobry.

Niestety – drewniana gra aktorów, zwłaszcza tych starszych, oraz nużące dłużyzny przyćmiły artystyczne ujęcia kwiatów, ptaków i insektów. Sceny, które miały pokazywać  namiętność i równoczesną agresję całkowicie nie rozbudowanych postaci wyszły niezamierzenie komicznie lub niesmacznie. Jak nastoletnia Catherine przez trzy minuty zlizuje z pleców Heathcliffa zaschniętą krew, to przychodzi na myśl „Zmierzch” i widz tęskni do scen biczowania. Obecną w książce dzikość natury mającą odzwierciedlenie w mieszkańcach serwuje nam się nachalnie, jakby widz był za głupi na zrozumienie tego artystycznego kina niezależnego i trzeba było mu wszystko wyjaśniać po kilka razy. Ma być agresja? Będzie paręnaście zbliżeń na zabijane i wykrwawiające się zwierzęta. Ma być namiętność? Mamy kopulujące ćmy i seks w plenerze przedstawiony z taką subtelnością, że film chwilami sprawia wrażenie, że jest adaptacją nie Emily Brontë, ale D.H. Lawrence’a (a to z moich ust i klawiatury bynajmniej nie jest pochwała).

Rybka

MIŁOŚĆ LARSA – DOBRY FILM

„Miłość Larsa” („Lars and the Real Girl”)

USA, Kanada, 2007

reż. Craig Gillespie

Ryan Gosling, Emily Mortimer

Debiut pełnometrażowy Craiga Gillespie opowiada historię chorobliwie nieśmiałego i cierpiącego na urojenia młodego człowieka, który zakochał się w gumowej lalce. Mimo, że bohaterka pochodzi ze sklepu erotycznego, film spokojnie można oglądać nawet z dziadkami, bez potrzeby „wychodzenia do łazienki” w niezręcznych momentach.

W rolę tytułowego aspołecznego Larsa wcielił się zadziwiająco dziamdziowato wyglądający Ryan Gosling który, ze swoją piękną klatą wyjątkowo przykrytą wieloma warstwami uroczo obciachowych sweterków udowodnił, że potrafi grać nie tylko amantów i przystojniaków z głębią, ale że bardzo dobrze sobie radzi grając — z subtelnym komizmem –  nie najładniejszą osobę z zaburzeniami psychicznymi. Jego bohater, który na początku filmu nie potrafi (ani nie chce) nawiązać żadnych bliższych relacji społecznych, pod wpływem platonicznej miłości do gumowej Bianci zaczyna nawiązywać kontakt z otoczeniem i odbudowywać  więzi rodzinne i społeczne. Jego oddanie jest jednocześnie absurdalnie śmieszne i na swój sposób urocze i wzruszające.

Mimo różu na plakacie, nie jest  to komedia romantyczna. Film jest w dużej części absurdalnie śmieszny, jednak komizm jego polega nie na humorze rodem z Harolda i Kumara (na co mogłaby wskazywać obecność gumowej lali), ale na subtelnym humorze smutnych ludzi, którzy nie utracili nadziei w poszukiwaniu szczęścia (nawet wśród śniegów – film dzieje się w słynącym z depresyjnego klimatu amerykańskim regionie Midwest). Mimo, że opowiada między innymi o odbudowywaniu relacji rodzinnych po utracie rodziców, nie jest też żenującym wyciskaczem łez. To co śmieszne, to co smutne (bo i tego nie mało), i to co wzruszające zostało w tym komediodramacie bardzo dobrze wyważone . Reżyser potrafi – przy pomocy bardzo ładnych zdjęć, muzyki i doskonałej gry aktorów –  stworzyć dziwny, ale ciekawy i przekonujący obraz.

UWAGA! Ten film, mimo, że jest DOBRY nie sprzedał się chyba najlepiej w naszych sklepach. Już kilka razy widziałam go, czy to w empiku, czy w merlinie, na wyprzedaży. Mimo cukierkowej okładki i polskiego tytułu pt. „Miłość Larsa” można spokojnie wydać te 9.90 -19.90 na płytkę – jak zobaczycie, nie zwlekajcie!

Rybka

Django – DOBRY film

django-unchained-2

„Django Unchained”

USA, 2012

reż. Quentin Tarantino

Jamie Foxx, Christoph Waltz, Leonardo Di Caprio, Samuel L. Jackson

„Bękarty wojny” po mnie… spłynęły. Jak „Quantium of Solace” – byłem, widziałem, kolejny krzyżyk w „Wielkiej Księdze Filmów, Które Zobaczyłem” dwie twarze zapamiętałem (ze zdziwieniem odnotowałem, że waltz po niemiecku nie znaczy „uśmiechnięty skurwiel z rozbrajającym uśmiechem”), wielka rozpierducha, ale bez jakiejś rewelacji. No dobra, trzeba przyznać, że zrobienie przez takiego reżysera komedii o Holocauście było czymś mocnym, ale chyba w kontekście tego filmu ważniejszy był właśnie kontekst. Ze zdziwieniem odnotowano, że na projekcjach doskonale bawili się Niemcy, co potraktowano jako ostateczne pogodzenie się naszych zachodnich sąsiadów z historią, która i tak będzie ich prześladować jeszcze latami. I chyba trochę tego się obawiałem w najnowszej produkcji Tarantino. Ale na szczęście moje obawy się nie spełniły. Dostałem to czego oczekiwałem.

Zatem ad rem: Klimat spaghetti-westernów kręconych w Jugosławii, z montażem i napisami z epoki, doskonałą muzyką z lat 70. – słowem, każdy, nawet bez magisterium z filmoznawstwa instynktownie czuje o co chodzi. Fabuła podobna konceptem do „Bękartów…”, gdzie Tarantino bawi się naszymi cywilizacyjnymi lękami i marzeniami. A niech teraz Ci, co latami byli prześladowani i gnębieni przez historię się zemszczą! Niech spełnią nasze szalone pragnienia, wyzwolą się z opresji i urządzą swoim oprawcom krwawą łaźnię, ale na tyle skąpaną w absurdzie, że nie będzie nam ich żal, ale wręcz przeciwnie – będziemy się świetnie bawić. W końcu o to chodzi w kinie, prawda?

Zatem tak i w „Django”, mamy reprezentanta uciśnionej mniejszości, czyli tytułowego bohatera, który dzięki pomocy elokwentnego łowcy głów, (Christopher Walz – w pełni zasłużył na Oscara za rolę drugoplanową!), mści się na białych panach, by odzyskać swoją ukochaną. Jest krwawo, absurdalnie i… zajebiście śmiesznie. Jako zagorzały germanofil, z rozmarzeniem na twarzy oddawałem się rozkoszy śledzenia wątku niemieckiego. Autoironiczne żarciki z pochodzenia Walza, czarna niewolnica Brunhilda z Mississippi, a wszystko to usprawiedliwione aluzją do filmów o Winnetou, z bohaterami latającymi po bezdrożach Jugosławii i krzyczących: „Hande Hoch”. Dyskusja bandy plantatorów-mścicieli na koniach przeradza się z deliberacji na temat strategii uśmiercenia głównych bohaterów, w kłótnię na temat wątpliwej jakość wykonanych nakryć na głowę, będących ułomną wersją gustownych kapturów Ku-Klux-Klanu. Scena, którą widzieliśmy przecież już w niezliczonej ilości komedii, choć mi i tak przypomniała dyskusję Galów o grzybach z albumu „Asteriks na igrzyskach olimpijskich”, a i tak bawi. Mistrzem jest jednak Samuel L. Jackson, grający oddanego lokaja , który wszystkich dookoła wyzywa od „czarnuchów”, a opowiastkę o murzyńskim gladiatorze kwituje rozbrajającym: „Negrokules”.

Film jest długi, trzy godziny bez kwadransa. Ale dobrze się to ogląda, fabuła jest dynamiczna, ładnie płynie, tak, że w sumie tylko raz rzuciłem okiem na zegarek. Od razu uwaga, dla niecierpliwych – „Django” trzeba oglądnąć DO KOŃCA. Tak, reżyser zostawił nam na deser żarcik, który pojawia się dopiero po napisach końcowych. Ale po zakończeniu projekcji miałem uczucie… spełnienia. To były dobrze spędzone dwie godziny i 45 minut. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się czułem po filmie.

Tu i tam czytałem o Tarantino oraz „Django” i dosyć często spotkałem się z uwagami, które dotykają problemu, jaki i ja – przyznam – mam z tym niewątpliwym geniuszem kina, który już dawno zapewnił sobie miejsce w historii. Zarzut jest – ostrzegam – meta filmoznawczy, może nawet filozoficzny, trochę w duchu antropologii poststrukturalnej naznaczonej preegzytencjalizmem Kirkegaarda, z łyżką fenomenologii Ingardena. Otóż Tarantino opiera cały swój koncept na filmy na tym, na czym stoi cała nasza kultura, o której ktoś mądry powiedział, że od jakiegoś czasu (najpóźniej ee… IV w.n.e.?) opiera się na naśladownictwie. Nic nowego pod słońcem, obrabiamy i przerabiamy znane motywy i konteksty, nadając im jedynie nową formę. Fabuły Tarantino to czysty FUN, zapakowany w pudełko starych, acz doskonale odtworzonych klisz. Nie ma tutaj uniwersalnych problemów, codziennych dramatów, prawdy o życiu i śmierci, ale świetne portrety bohaterów, genialne rzemiosło reżyserskie i aktorskie, no i ten wydumany „dialog z historią kina”. I dialogi, dialogi, dialogi!

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że jeden recenzent miał po filmie niedosyt. Ale na Boga, czego oczekujemy, jak słyszymy, że Tarantino zrobi film o ninja-zabójcach, drugiej wojnie światowej albo niewolnictwie? Psychoanalitycznej analizy, wiwisekcji poruszanej problematyki, czy dokładnie tego, co zobaczymy w „Django”? A jak ktoś chce mieć studium polityczno-społecznie niewolnictwa w Stanach Zjednoczonych w latach 60. XIX w. to niech idzie na „Lincolna”. Tez DOBRY FILM, ale o tym niedługo. „Django” to znany i dobry Tarantino, z wszystkimi swoimi zaletami i wadami. Ja to kupuję i daję się wciągnąć w tę bezczelną gierkę. A skoro jeszcze skaczą przy tym endorfiny?

Słoń